Przejdź do treści Wyszukiwarka

„Wszystko przez jednego człowieka, który zrobi wszystko, by utrzymać się u władzy”

  • wtorek, 27 Stycznia 2026
  • Zagranica
  • Autor: Admin

fot. spring96.org


Wywiad z działaczem Niezależnego Związku Zawodowego Białorusi (BNP)

Maksim Senik, działacz Niezależnego Związku Zawodowego Białorusi (BNP) w zakładach nawozowych Grodno Azot, został zatrzymany w Grodnie za udział w protestach w 2020 roku oraz za udostępnienie wpisu w mediach społecznościowych. Oskarżono go na podstawie artykułów Kodeksu karnego dotyczących znieważenia Aleksandra Łukaszenki oraz współudziału w działalności ekstremistycznej. W 2023 roku został skazany na 4 lata kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. W 2025 roku został deportowany z Białorusi wraz z dużą grupą więźniów politycznych. W rozmowie z „Solidarnast” opowiada, przez co musi przejść człowiek, który odważy się wyrazić własne zdanie i sprzeciwić się niesprawiedliwym działaniom władz we współczesnej Białorusi.


Minął już ponad miesiąc od chwili, gdy odzyskałeś wolność. Jak się czujesz poza murami więzienia i w obcym kraju?

Jeszcze do końca nie doszedłem do siebie, poczucie presji psychicznej i prawdopodobnie depresji wciąż mi towarzyszy. Dzisiejsze władze wsadzają do więzień ludzi, których jedyną „winą” jest to, że mówią, co myślą, i sprzeciwiają się sfałszowanym wyborom z 2020 roku. Poza tym wywierają presję na krewnych więźniów politycznych, którzy z czasem spotykają się z niechętnymi spojrzeniami sąsiadów czy współpracowników, bo ludzie są dziś bardzo przestraszeni — boją się, że sami mogą znaleźć się pod walcem represji. W 2020 roku sytuacja była inna: ludzi oburzało to, co działo się w kraju, chcieli zmian. Solidarność pracownicza nie była pustym hasłem. Na wiec, który nasz związek zorganizował po tak zwanych wyborach, przyszło bardzo wielu ludzi — prawdopodobnie ponad połowa całej załogi zakładu. Byli tam także funkcjonariusze KGB, którzy obserwowali i starali się niczego nie przeoczyć. Głównym tematem dyskusji były nieuczciwe wybory. Pracownicy mówili, że istnieją dowody na sfałszowanie wyników. Jednak wiec nie przerodził się w akcję strajkową; wielu ludzi po prostu się przestraszyło. Strach przed utratą pracy i środków do życia jest ogromny, zwłaszcza u tych, którzy mieli rodziny na utrzymaniu. Nie mogę nikogo za to winić. Każdy wybiera własną drogę.

A jaką drogę wybrałeś ty?

Zostałem w zakładzie i nadal pracowałem, choć zdawałem sobie sprawę, że nie potrwa to długo. W 2021 roku, na polecenie dyrektora generalnego Grodno Azot zainstalowano ekrany telewizyjne, które działały całą dobę. Nadawały programy propagandowe, opowiadające, że zakład ma się świetnie, że sankcje w żaden sposób na nas nie wpłynęły. Oczywiście nie była to prawda. Zdałem sobie sprawę, że nie chcę mieć z tym zakładem nic wspólnego. Złożyłem wypowiedzenie, ale go nie przyjęto i zagrożono mi zwolnieniem dyscyplinarnym zamiast rozwiązania umowy za porozumieniem stron. Wziąłem urlop, planując po nim odejść z pracy. W tym czasie przyszli do mnie funkcjonariusze KGB i zabrali mnie ze sobą. Od dłuższego czasu czułem, że z powodu mojej postawy obywatelskiej i działalności w niezależnym związku zawodowym chodzę po cienkim lodzie. Dopiero później dowiedziałem się, że trafiłem na czarną  listę i byłem obserwowany. Pierwszy raz znalazłem się na ich celowniku, gdy jako przedstawiciel niezależnego związku zawodowego spotkałem się z merem Grodna, by omówić kwestię zwolnień w zakładzie. Jak dowiedziałem się później, to spotkanie trafiło do akt, które KGB na mnie założyło. Spędziłem osiem miesięcy w areszcie śledczym, czekając na proces, i był to bardzo ciężki czas. Byłem bity przez współosadzonych.

I nie było nikogo, kto udzieliłby ci choćby minimalnego wsparcia?

Tam każdy jest zdany wyłącznie na siebie; każdy radzi sobie, jak potrafi. Warunki przetrzymywania były jak dla bydła. Centralne ogrzewanie w celach włączano dopiero w połowie listopada. Przeszedłem też przez karcer (osławione SZIZO), gdzie spędziłem cztery miesiące. W betonowej podłodze była dziura zamiast toalety,  nikt jej nigdy nie sprzątał. Podłoga to goły beton. Zimą w karcerze jest strasznie zimno. Nie traktowali nas jak ludzi: dostaniesz dreszczy, przeziębisz się – jakoś to przeżyjesz, nikogo to nie obchodzi. Nie mogłem korespondować z bliskimi, nie mogłem do nich dzwonić ani otrzymywać od nich pieniędzy na zakup najpotrzebniejszych rzeczy. Najmniejsze naruszenie regulaminu wewnętrznego mogło skutkować przedłużeniem wyroku. W białoruskich więzieniach administracja robi, co jej się podoba, bo żadne prawo za murami nie obowiązuje. Podejmowałem kilka prób samobójczych, bo czułem, że nie jestem w stanie dłużej tego znieść – ani psychicznie, ani fizycznie. Powiedziałem naczelnikowi, że jeśli przedłużą mi wyrok, dostaną tylko moje ciało. Wtedy dali mi spokój. Ale strażnicy podburzali innych więźniów przeciwko nam, politycznym.

Czy spodziewałeś się, że zostaniesz zwolniony razem z innymi więźniami politycznymi?

Nie. Tego dnia obudzili mnie o drugiej w nocy i kazali założyć szlafrok, szybko spakować rzeczy i wyjść. Zapytałem, dokąd jedziemy. Odpowiedzieli, że sami nic nie wiedzą. Potem przyprowadzono dwóch innych więźniów politycznych, równie zdezorientowanych. Siedzieliśmy we trzech w tym, co nazywali „klatkami”. Potem przyprowadzono kolejnych ludzi. Później przeszukano nas i kazano przebrać się w cywilne ubrania. Miałem ze sobą tylko letnie rzeczy, więc poprosiłem, żeby pozwolili mi zostawić chociaż watowaną kurtkę więzienną — inaczej bym zamarzł. Zwlekali, ale ostatecznie się zgodzili. Nałożyli mi czapkę tak, że zasłaniała oczy i nie widziałem, dokąd mnie prowadzą. Zakuli mnie też w kajdanki. Przyszła mi do głowy myśl, że teraz wywiozą nas gdzieś do lasu i po prostu tam zabiją. Na obrzeżach Homla zdjęli nam kajdanki, ale związali ręce taśmą klejącą i przesadzili do innych autobusów. Oddali nam paszporty i pieniądze, które „zarobiliśmy” – kilka śmiesznych monet w kopercie. Kilka godzin później dotarliśmy do granicy ukraińskiej, przekroczyliśmy ją i pojechaliśmy do Czernihowa, do tamtejszego szpitala. Po drodze widzieliśmy domy zniszczone przez ostrzał i bomby – trudno było na to patrzeć. Trzy dni później znalazłem się na Litwie. Teraz próbuję jakoś się odnaleźć; wydarzenia ostatnich lat i wszystko, co musiałem przejść, wciąż są ze mną. Czuję ogromną gorycz, bo po prostu wyrzucili nas z kraju – wszystko przez jednego człowieka, który zrobi wszystko, by utrzymać się u władzy.

Fragmenty wywiadu dla białoruskiego portalu informacyjnego „Solidarnast” z Maksimem Senikiem, który przeprowadziła Wiktoria Leontiewa.