Sekretariat BHiU

Sekcja Handlu

Sekcja Ubezpieczeń

Strony www Organizacji

Polecane Strony WWW

Nasze Akcje

Apel do członków Solidarności pracowników _handlu

list otwarty do Kandydatów na Urzad Prezydenta RP

Handel miał być fundamentem naszego kapitalizmu. Dziś praktycznie nie istnieje

Rok 1990 był kluczowym momentem polskiej transformacji. To równo 25 lat temu polski skok w kapitalizm przestał być tylko marzeniem, a zaczął być rzeczywistością.Rok 1990 był kluczowym momentem polskiej transformacji. To równo 25 lat temu polski skok w kapitalizm przestał być tylko marzeniem, a zaczął być rzeczywistością.źródło: ShutterStock

 Mieli być kołem zamachowym naszego kapitalizmu. Mieli. Rodzimy handel praktycznie nie istnieje.
 Rok 1990 był kluczowym momentem polskiej transformacji. To równo 25 lat temu polski skok w kapitalizm przestał być tylko marzeniem, a zaczął być rzeczywistością. Dla wielu Polaków bardzo bolesną. W pierwszym odcinku naszej serii pokazaliśmy przekształcenia i upadek dużych zakładów przemysłowych. Oraz jego konsekwencje: deindustrializację gospodarki i pojawienie się zjawiska strukturalnego bezrobocia. Ale transformacja to nie tylko przemysł. Dziś przyglądamy się handlowi. Oraz tym, którzy w handlu szukali swoich szans albo po prostu schronienia przed transformacyjną zawieruchą.

Hernando de Soto nazwał ich rojem protokapitalistów. Wpływowy w latach 80. i 90. peruwiański ekonomista (nawrócił prezydenta Alberto Fuijmoriego na neoliberalizm) dowodził, że w krajach biednych są masy zmarginalizowanych robotników i chłopów, którzy marzą tylko o jednym: o wolnym rynku. Gdyby im takie warunki stworzyć, to oni w krótkim czasie sami wydźwignęliby się z biedy i wykluczenia. Potrzeba do tego niewiele: wystarczą gwarancje praw własności oraz w niczym nieograniczona dzika konkurencja. To naturalne środowisko, w którym protokapitaliści rozkwitną. „Wygenerują zysk dosłownie z niczego” – pisał de Soto w książce „Tajemnica kapitału”.

Taki ton towarzyszy większości rozważań na temat transformacji ekonomicznej w naszym kraju. Zgodnie z tą logiką w 1990 r. na gruzach „zbankrutowanego systemu” wykluł się nowy „zdrowy i prężny”. A symbolem tego nowego stali się rodzimi protokapitaliści. Nieprzypadkowo obrazki Polaków handlujących czym i gdzie popadnie z łóżek polowych lub z samochodów to nieodzowna ilustracja każdej kanonicznej opowieści o nadwiślańskich przemianach. Jedni przywołują ją bezwiednie, inni bardzo świadomie. W końcu dla autorów i obrońców terapii szokowej rój protokapitalistów, który pojawił się wówczas w polskich miastach, był dowodem, że mieli rację.

I to w podwójnym sensie. Po pierwsze, autorzy polskiej transformacji uwielbiali pokazywać, że bazar to ich naturalny sojusznik. „Jaja stanęły!” – ten okrzyk przypomni dziś każdy członek ekipy wicepremiera Balcerowicza, jeżeli tylko zapytamy go o 1990 r. Był to moment, w którym na jednym z warszawskich bazarów przestały rosnąć ceny jajek, a oni uwierzyli, że ich plan antyinflacyjny zaczyna przynosić efekty. Po drugie, eksplozja handlowej przedsiębiorczości stanowiła dla zwolenników jak najszybszej liberalizacji polskiej gospodarki najlepszy dowód, że kurs obrany w latach 1988–1990 faktycznie stanowił spełnienie snów większości z nas. Wreszcie mogliśmy wziąć się za bary z wolnym rynkiem, czego przez dekady zabraniał nam socjalistyczny gorset. Taka opowieść o pierwszej heroicznej fazie polskiego kapitalizmu jest bez wątpienia atrakcyjna. Co nie zmienia faktu, że rzeczywistość była jednak – jak zwykle – dużo bardziej skomplikowana.

Zacznijmy od tego, co się w opowieści o polskich protokapitalistach zgadza. Faktem jest, że po 1989 r. dokonała się autentyczna detaliczna rewolucja. Według szacunków Zbigniewa Taylora z Polskiej Akademii Nauk w 1988 r. istniało w Polsce 227 tys. punktów sprzedaży detalicznej (w tym 125 tys. sklepów). W ciągu następnej dekady ich liczba wzrosła do ok. miliona (w tym prawie połowę stanowiły sklepy). Najbardziej radykalne zmiany przyniósł jak zwykle 1990 r. Już w styczniu znowelizowano ustawę o spółdzielczości, która zlikwidowała obligatoryjne związki spółdzielcze. Zniesiony został państwowy monopol na handel paliwami, samochodami czy tekstyliami.

Rok 1990 to też nowelizacja ustaw o działalności gospodarczej i prywatyzacji przedsiębiorstwpaństwowych. Dzięki nim handel stał się tą dziedziną polskiego życia ekonomicznego, która została sprywatyzowana najszybciej. Na długo zanim w prywatne ręce przekazano zakłady produkcyjne lub bankowość. Rozwój przedsiębiorczości handlowej stymulowała również zmianaprawa lokalowego, która zniosła regulacje czynszów i oddała je w pełni w ręce właścicieli. W efekcie Polska pod względem nasycenia placówkami handlowymi szybko zaczęła przypominać kraje zachodnie. Choć raczej Grecję, Włochy czy Hiszpanię, gdzie na 1000 mieszkańców przypada kilkanaście sklepów. Podczas gdy w Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Austrii jest to raczej 5–6 sklepów.

Ważną konsekwencją prywatyzacji handlu było też jego rozdrobnienie. Jeszcze w 2001 r. aż 98 proc. wszystkich placówek to były firmy jedno- lub (najwyżej) dwusklepowe. Wyglądało to na spełnienie protokapitalistycznego snu de Soto. Sny mają jednak to do siebie, że niezbyt często pokrywają się z rzeczywistością. Tutaj uczynić należy pierwsze zastrzeżenie. Chodzi bowiem o to, że nazywanie detalicznej rewolucji „wielkim osiągnięciem” jest już jednak określeniem trochę na wyrost. Głównie dlatego, że tę rewolucję osiągnąć bardzo łatwo.

Wśród badaczy tematu panuje przekonanie, że handel to zawsze ta część gospodarki narodowej, która do sprywatyzowania jest zdecydowanie najbardziej predestynowana. Przede wszystkim dlatego, że (inaczej niż przemysł czy bankowość) nie wymaga wysokich nakładów kapitałowych. A na dodatek wychodząca z realnego socjalizmu Polska była krajem o wielkich pokładach niezaspokojonego popytu. W każdej właściwie dziedzinie konsumpcji. Była to więc ta część gospodarki, w której rój protokapitalistów faktycznie mógł się najłatwiej wykazać. Pytanie tylko, czy się faktycznie wykazał?

Ulubieńcy władzy

Uczciwa odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna. A ponieważ nie wypada aż tak okazale, jak pokazanie pierwszej heroicznej fazy bazarowego kapitalizmu, to apologetów polskiej transformacji interesuje już dużo mniej. A szkoda, bo dla faktycznej oceny handlowego przełomu 1990 r. dalsze losy polskich pionierów przedsiębiorczości wydają się mieć znaczenie kluczowe. W końcu idąc za tokiem rozumowania de Soto, znaczenie ma nie tylko to, czy rojowi protokapitalistów uda się opanować na chwilę jakąś gałąź gospodarki. Lecz to, czy będą się po tej gałęzi potrafili na trwałe wspiąć w dochodowej i społecznej drabince. Przenosząc jednocześnie gospodarkę na wyższy poziom rozwoju.

Tymczasem im bardziej oddalamy się od 1990 r., tym losy protokapitalistów nie są tak wesołe. „Na początku lat 90. handel był pierwszym przejawem organicznej przedsiębiorczości w kraju. Rozpoczęcie działalności w handlu wiązało się z szybkim awansem społecznym przedsiębiorcy i wzrostem poziomu jego zamożności. Działo się tak dlatego, że handel był w owym czasie głównym źródłem alokacji kapitału” – pisała już w 2001 r. w badaczka zjawiska Aleksandra Grzesiuk. I zaraz dodawała, że „obecnie sklep przestaje być symbolem zamożności właścicieli. Owszem pozwala generować zyski wystarczające na przyzwoite życie właścicieli. Pod warunkiem że ma dobrą lokalizację. W innym przypadku zyski spadają jeszcze szybciej”. Od tamtej pory tendencja ta jeszcze bardziej się pogłębiła.

Niby spadek udziału drobnego handlu oraz wzrost udziału największych przedsiębiorstw w sprzedaży jest zjawiskiem widocznym w większości krajów rozwiniętych. Ale w kraju takim jak Polska nałożyła się na nią jeszcze ważna tendencja. To gwałtowny wzrost znaczenia sklepów z kapitałem zagranicznym. Ich ekspansja na polskim rynku miała wiele twarzy. Łączyło ją jednak to, że odbywała się zazwyczaj poprzez placówki wielkopowierzchniowe. A na tym polu zagraniczny kapitał nie napotykał krajowej konkurencji. Dlaczego? Bo zachodnim koncernom pomagały dwa mechanizmy. I oba były bezpośrednią konsekwencją wyborów ustrojowych dokonanych na przełomie lat 80. i 90. przez rządzące Polską elity. Jeden opisaliśmy na samym początku. To zgoda wyrażona przez rządy Rakowskiego i Mazowieckiego na szybką prywatyzację i rozdrobnienie polskiego handlu. Bo z jednej strony otworzyła ona pole dla roju protokapitalistów, jednocześnie te same przepisy rozbiły PRL-owskie odpowiedniki handlu wielkopowierzchniowego. Takie jak państwowe domy towarowe czy spółdzielcze supersamy.

 

Dla tych ostatnich w modelu rozdrobnionego handlu miejsca nie przewidziano. Co ułatwiło zadanie dużym koncernom zagranicznym, które już wkrótce zagospodarowały ten rynek dla siebie. Zwłaszcza że zgodnie z przyjętą wówczas filozofią transformacji drzwi dla zagranicznych inwestycji otwarte zostały bardzo szeroko. Nie tylko nie stawiając mu prawie żadnych wymagań co do branż, w które powinien inwestować. Ale jeszcze tworząc system ulg i zachęt (np. podatkowych). Byleby tylko kapitał trafił właśnie tu nad Wisłę. – Nie od dziś wiadomo, że bankowość, budownictwo czy wielki handel to dziedziny, do których najbardziej lgną zagraniczni inwestorzy. To tutaj są do ustrzelenia największe zyski. Tyle że z punktu widzenia kraju przyjmującego dominacja takich inwestycji jest niepożądana, bo nie sprzyja eksportowi i pompuje ujemny bilans handlowy kraju. Niestety struktura bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce pokazuje wyraźnie, że koncentracja zagranicznego kapitału dotyczy tych właśnie dziedzin – uważa Kazimierz Łaski, długoletni dyrektor Wiedeńskiego Instytutu Międzynarodowych Porównań Gospodarczych.

Trudno się więc dziwić, że skoro nie było ani żadnych regulacji utrudniających wchodzenie zagranicznych sieci do handlu, ani specjalnej konkurencji ze strony polskich sklepików, to zagraniczny kapitał tę szansę wykorzystał. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Pierwszy zachodni supermarket powstał w Warszawie w 1990 r. i należał do polsko-austriackiej spółki Billa Polen. Ta zaś była efektem współpracy austriackiej Billi z nomenklaturową spółką Mitpol (założoną przez sekretarza KC PZPR, a potem polityka SLD Sławomira Wiatra). Potem zachodni kapitał już nawet nie bawił się w dobieranie polskich wspólników. Prekursorem dyskontów była belgijska sieć Globi (przejęta przez francuskiego Carrefoura), a pierwszy hipermarket otworzył niemiecki Hit (w 1993 r.), przejęty potem przez brytyjskie Tesco. Z kolei w 1995 r. szwedzka Ikea wybudowała w Jankach pod Warszawą pierwsze centrum handlowe.

W 1995 r. super- i hipermarkety oraz wszelkiego rodzaju galerie handlowe kontrolowały 4 proc. powierzchni handlowej. W 2000 r. było to już 10,5 proc. Pięć lat później 20,5 proc. A ostatnio ten odsetek dochodzi do 25 proc. – Tempo rozwoju sklepów wielkopowierzchniowych w Polsce było bardzo duże. Nawet porównując z krajami Europy Zachodniej, które przechodziły podobny proces w latach 70. i 80. Dla przykładu powstanie w Polsce 150 hipermarketów trwało u nas 6–7 lat, w Hiszpanii aż 20 – ocenia Joanna Wrzesińska, ekonomistka z SGGW zajmująca się tematyką handlu wielkopowierzchniowego. Na szczytach polskiego handlu próżno szukać fortun wyrosłych z pionierskich czasów handlu z łóżka polowego. Zamiast nich mamy portugalską firmę Jeronimo Martins (Biedronka) albo Eurocash, który z niej wypączkował. A także niemieckie Metro oraz Schwarz Group (Kaufland, Lidl) czy też francuskie Auchan czy Carrefour. Pośród dużych polskich graczy na rynku detalicznych jest właściwie tylko Żabka, której początki sięgają 1987 r. i nomenklaturowej firmy Elektromis.

Podwójna deklasacja

I to właśnie są warunki, w których przyszło funkcjonować polskim protokapitalistom. Najpierw ich hołubiono, dając do zrozumienia, że są fundamentem nowego kapitalistycznego porządku. Jednocześnie podejmowano jednak takie decyzje systemowe, które podcinały gałąź, na której siedzieli. A potem było już tylko gorzej. Przez ostatnich 20 lat trwa postępujący proces wypychania niegdysiejszych protokapitalistów z najatrakcyjniejszych miejsc polskich miast w ramach cywilizowania handlu. Jedną z pierwszych opisanych historii ich walki z nowym stało się Leszno, w którym pod koniec lat 90. władze zdecydowały się na likwidację targowiska, by w jego miejsce postawić supermarket holenderskiej sieci Ahold. Sklepikarze próbowali blokować to metodami formalno-prawnymi. Gdy te zawiodły, rozpoczęli okupację placu budowy. Doszło do starć z ochroniarzami wynajętymi przez inwestora. Wezwana na miejscu policja stanęła po stronie tych ostatnich.

A najsmutniejsze jest to, że przez długi czas tego typu wydarzenia odbywały się w ogóle poza radarem opinii publicznej. A jeżeli już przebijały się do powszechnej świadomości (jak choćby w czasie zamieszek związanych z usuwaniem spod Pałacu Kultury hali Kupieckich Domów Towarowych w 2009 r.), to role były już rozdane zupełnie inaczej niż w 1990 r. I protokapitaliści z herosów transformacji stali się pieniaczami i zawadą na drodze do pięknego cywilizowanego świata galerii handlowych.

Takie wydarzenia pokazują pewien fundamentalny proces. Chodzi o cichą i postępującą deklasację samych protoprzedsiębiorców. – To zaskakujące, ale przez te 25 lat transformacji nikt się tym dokładniej nie zainteresował. Nie ma na ten temat badań ani statystyk. Nie było na to grantów ani społecznego zapotrzebowania – mówił w rozmowie z DGP Jarosław Urbański, socjolog i jeden z pionierów badań nad dalszymi losami protokapitalistów w III RP. Na podstawie zgromadzonych przez niego (choć szczątkowych) danych można domniemywać, że w większości przypadków po prostu zakończyli przygodę z przedsiębiorczością i zasilili szeregi klas pracujących, często podejmując zatrudnienie w szeroko rozumianym sektorze handlu i usług.

Wiązało się to dla nich z podwójną deklasacją. Bo raz, że degradacja zawsze jest bolesna. A dwa, że jeśli wrócili do pracy w handlu, to trafili już do innego – gorszego – świata. Bo warunki i prestiż pracy w tym sektorze sporo się pogorszyły. Jeszcze inną grupą są ci protokapitaliści, którzy werbowali się w 1990 r. z szeregów wysadzonych z siodła pracowników administracji czy robotników wykwalifikowanych, którzy padli ofiarą deindustrializacji. I wejście w handel było dla nich nie tyle wyborem, ile ucieczką przed transformacyjną zawieruchą. Znaleźli tam azyl chwilowy i marnej jakości.

Na przykładzie handlu detalicznego doskonale widać los tych wszystkich przedsiębiorczych Polaków, którzy poznali duszący smak wolnego rynku.

Oczywiście można ich znaleźć również gdzie indziej. Ilu ich jest? Nie jest to niestety zjawisko szczegółowo zbadane. Bo kapitalizm – jak każda wielka ideologia – promuje opowieści o zwycięzcach, nie o pokonanych. Widać ich czasem jakby na marginesie różnego rodzaju badań polskiej przedsiębiorczości. Są w nich raczej antybohaterami. Badania Fundacji Kronenberga metkują ich jako „rozczarowanych” i „apatycznych”. W pracach Juliusza Gardawskiego nazywa się ich „frustratami”. To ci protokapitaliści, którym biznes jakoś nie chce się kręcić. Dla nich skok w rynek to też była pewnego rodzaju hekatomba. Tyle że… z opóźnionym zapłonem.

 

 

źródło: http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/858860,handel-mial-byc-fundamentem-naszego-kapitalizmu-dzis-praktycznie-nie-istnieje.html

źródło : http://wyborcza.biz/biznes/51,101562,17496760.html?i=0
Czy 1350 zł na rękę po 14 latach pracy w sklepie to dużo? Czy kasjerki skazane są na pomoc społeczną? Przygotowujemy sondaż, który pokaże, czy handel jest gotów zorganizować protest w obronie własnych interesów – twierdzi NSZZ „Solidarność”.
Dzieci jest trójka: osiem, dziesięć i 12 lat. Pani Beata w sklepie jako kasjerka pracuje od 14 lat. Dostaje 1350 zł na rękę. Jeśli nie choruje cały miesiąc, dochodzi do tego 100 zł dodatku za „niechorowanie”. Jeden dzień zwolnienia? Dodatek odbierają. Trudno jest nie brać w ogóle zwolnień, jak się ma dzieci. Na święta Bożego Narodzenia są talony 300 zł do realizacji oczywiście w sklepie, w którym pracuje. Na wakacje 300 zł na wczasy pod gruszą. Na żadne wczasy oczywiście pani Beata nie jeździ. Za ekstra pieniądze po prostu kupuje jedzenie.Praca? Często kończy o 22, a następnego dnia zaczyna o 6 rano. Oficjalnie „nocek” nie ma. Ale ciągle każą przychodzić ludziom w nocy do rozładowania towarów.- Za mieszkanie płacę 450 zł samego czynszu, oprócz tego trzeba zapłacić za światło, gaz, węgiel. Muszę chodzić do pomocy społecznej, bez tego bym nie przeżyła. Na trójkę dzieci dostaję ok. 290 zł zasiłku, dofinansowują mi zakup węgla i książek do szkoły. Tak się nie da żyć. W rejonie nie ma jednak innej pracy, w podobnej sytuacji są inne koleżanki pracujące w sklepach. To jest wegetacja. Wstydzę się tej biedy – opowiada pani Beata.

300 tys. na śmieciówkach

Nie ma danych, jak wielu pracowników sklepów w Polsce jest na zasiłku z pomocy społecznej. Kiedy w zeszłym roku ujawniono raport na ten temat w USA, wyszło, że amerykańscy podatnicy dopłacają do pensji fatalnie wynagradzanych pracowników największej sieci handlowej Walmart 6,2 mld dolarów rocznie. Ta kwota to wydatki na pomoc społeczną dla pracowników sieci w postaci kuponów na jedzenie, pomoc medyczną. Firma dzięki temu, że płaci słabo, ma zaś większe zyski. W czasie, który badał raport sporządzony przez koalicję Americans for Tax Fairness, Walmart zarobił na czysto… 16 mld dolarów.

NSZZ „Solidarność” nie ma wątpliwości: w sklepach jest gorzej, niż było, pensje są podłe, a praca na stanowisku kasjerki czy kasjera oznacza często życie w nędzy.

- W handlu według GUS pracuje milion osób. Tyle że oficjalna statystyka nie uwzględnia ok. 300 tys. osób, które pracują na rzecz handlu na umowach śmieciowych, zatrudnianych przez agencje pracy tymczasowej – punktuje Alfred Bujara, szef handlowej sekcji NSZZ „Solidarność”. – Przychodzą do sklepów w weekendy, kiedy jest duży ruch, albo przed świętami. Widziałem ich umowy. Dostają 5,60 zł za godzinę pracy. W skrajnych przypadkach nawet 3,60 zł! To jest wyzysk. I to głównie kobiet, bo ponad 70 proc. pracowników handlu to kobiety. Jesteśmy tanią siłą roboczą do zarabiania pieniędzy dla sieci – dodaje.

Twierdzi, że politycy nie chcą im pomóc. Na początku października złożyli petycję w tej sprawie do marszałka Sejmu Radosława Sikorskiego. Nie odpowiedział. – Pracownicy domagają się, by związki podjęły jakieś działania. To podejmiemy. Przez kraj przeszła niedawno fala protestów związkowych. Przygotowujemy sondaż, czy handel jest gotów zorganizować protest w obronie własnych interesów – grozi Bujara.

- To zawracanie głowy. Państwo nie dokłada do sieci. U nas wskaźnik pełnego zatrudnienia przekracza 75 proc. Czyli taki procent osób pracuje na pełnych etatach. Poza tym w handlu pracuje nie milion, tylko ok. 1,2 mln osób – odpiera zarzuty związkowca Andrzej Maria Faliński z Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, która skupia zachodnie sieci marketów zatrudniające ponad 220 tys. osób (faktycznie według GUS jest ich ok. 1,2 mln, ale ten liczy handel razem z… naprawą pojazdów samochodowych).

Faliński przekonuje, że umów śmieciowych w handlu jest proporcjonalnie mniej niż w całej gospodarce. – To normalne, że w okresach zwiększonego ruchu zatrudnia się dodatkowych pracowników. Pracownicy z przyczyn rodzinnych muszą iść na urlop, chcą spędzić święta z bliskimi. A dla młodzieży, studentów jest to okazja, by dorobić – mówi przedstawiciel sieci.

A że niektóre sieci zawierają nie do końca uczciwe umowy z agencjami pracy tymczasowej? – To incydenty. Takie przypadki trzeba potępiać i powinna się nimi zajmować inspekcja pracy – uważa Faliński.

Inspekcja, badając w zeszłym roku sklepy, prześwietliła 1104 umowy śmieciowe. Znalazła 403 (36,5 proc.) zawarte z naruszeniem prawa. Nieprawidłowości występowały jednak głównie w małych sklepach.

Przeciążeni pracą

Według „Solidarności” ludzie skarżą się w pierwszej kolejności na przeciążenie pracą, w drugiej na niskie płace oraz na to, że muszą pracować w niedzielę. – Dyskonty, owszem, chwalą się, że płaca u nich zaczyna się od 2 tys. zł brutto na etat. Tyle że już nie dodają, że mało kto tam na pełnym etacie pracuje. Czy tysiąc złotych brutto, czyli 750 zł na rękę, to są kokosy? Moim zdaniem nie. A właśnie tak płaci się naprawdę w dyskontach, bo ludzie zatrudniani są na pół etatu. Albo na trzy czwarte etatu – mówi Bujara. I dodaje: – W pozostałych sieciach, nawet jak praca jest na pełen etat, to i tak ludzie mają o 40 czy 50 zł więcej, niż wynosi pensja minimalna. A pensja minimalna wynosi teraz 1286 zł na rękę.

Faliński? – To stary repertuar. Propaganda, którą słyszę co roku. Płace w handlu wzrosły w ostatnim czasie znacząco. O kilkanaście procent. Kilka lat temu średnia płaca w handlu wynosiła 1,6-1,7 tys. zł brutto. Teraz 2,4 tys. To co? Nic się nie zmienia? – pyta przedstawiciel sieci.

Pół etatu? – To gest dobrej woli wobec osób, które nie są potrzebne w pełnym wymiarze pracy. Chcemy, by miały dostęp do opieki zdrowotnej i płacony ZUS – mówi przedstawiciel marketów. I atakuje: – Owszem, praca zawsze była ciężka. Ale proszę też zobaczyć raporty inspekcji pracy – nieprawidłowości się zdarzają, ale jest ich mniej niż w innych branżach.

Sieci stać na większe podwyżki?

Kiedy się je o to zapyta bezpośrednio, odpowiadają oczywiście, że dbają o pracowników, jak tylko mogą. A że podwyżki, jeśli są, to symboliczne? Chęci są, ale pieniędzy brak.

Dziesięć największych firm handlowych w Polsce płaci co roku ponad 600 mln zł podatku dochodowego – dane Ministerstwa Finansów. W 2013 r. właściciel Biedronki, portugalski koncern Jeronimo Martins, wykazał 382 mln euro zysku (prowadzi działalność głównie w Portugalii i Polsce). Sama Biedronka zapłaciła wtedy ponad 300 mln CIT-u.

Biedronka jest jednak jedna. Smutna prawda jest zaś taka, że na handlu w Polsce nieźle zarabiają głównie Portugalczycy oraz Niemcy z Lidla. Reszta sieci usiłuje nie wypaść z rynku.

Jeszcze do niedawna, aby zwiększać przychody, wystarczyło otwierać nowe sklepy. – Rynek rósł ze względu na zmniejszający się udział handlu tradycyjnego, czyli małych, niezależnych sklepów. Później trzeba było jeszcze przejmować inne sieci. Teraz to już nie wystarczy. Sieci zaczęły ostro ze sobą konkurować. Na niskie ceny, na kampanie reklamowe, na produkty etniczne – mówi Jarosław Kosiński, partner w polskim biurze OC&C Strategy Consultants.

Jego zdaniem sieci wszędzie szukają teraz oszczędności. Mamy deflację. Ceny żywności są niskie. A są niskie, bo sieci cisną dostawców, żeby dostać jak największe rabaty. – Mam nadzieję, że ta cenowa presja nie odbije się zanadto na jakości produktów – martwi się Kosiński.

Paradoks polega na tym, że dla zachowania długoterminowo konkurencyjności segmentu najlepiej by było, żeby ceny produktów w sklepach… nagle wzrosły. To oczywiście niemożliwe.

Coraz mniej na rynku jest miejsca na otwieranie nowych sklepów. Hipermarkety? Nowe powstają rzadko. Kilka tygodniu temu Biedronka zwolniła kilkudziesięciu pracowników działu ekspansji. Jej nowa strategia uwzględnia, że sieć będzie się rozwijać wolniej. Bo jej sklepy zaczęły się wzajemnie kanibalizować, odbierać sobie klientów. Wczoraj Tesco zamknęło cztery swoje supermarkety w Bydgoszczy, Kudowie-Zdroju, Legionowie i Ostrowcu Świętokrzyskim. Dwa kolejne sklepy – w Gniewie i Nowem – kończą pracę na przełomie marca i kwietnia tego roku. – Firma podjęła tę trudną decyzję, by wzmocnić konkurencyjność i móc skupiać się na rzeczach najważniejszych dla klientów – pisze sieć w komunikacie prasowym.

Dynamicznie rozwija się już właściwie tylko segment sklepów osiedlowych takich jak Żabka. Sieć kierowana przez fundusz inwestycyjny Mid Europa chce w tym roku otworzyć 800 sklepów – aktualnie ma ich ok. 4 tys.

Rynek jest już zabetonowany? – To nie znaczy, że nie ma już miejsca na kolejne sklepy. Tam, gdzie dochody mieszkańców są niskie, czyli np. na ścianie wschodniej, miejsce cały czas jest. Tyle że nie tak atrakcyjne jak w innych lokalizacjach – uważa Kosiński.

Wojna cenowa doprowadzi jednak do sytuacji, kiedy część firm z Polski się wycofa, a cześć dostawców, zwłaszcza średniej wielkości, padnie.

Przeżyją najsilniejsi, którzy będą starali odbić sobie czasy postu.

źródło : http://wyborcza.biz/biznes/51,101562,17496760.html?i=0

Pismo do KNF 2.02.15r

 

budynekamazon

W dniu 11 stycznia 2015r powstała grupa inicjatywna która postanowiła założyć związek zawodowy NSZZ „Solidarność” . W tym dniu po podjęciu niezbędnych uchwał w Regionie Dolny Śląsk NSZZ „Solidarność” została zarejestrowana Zakładowa Organizacja Związkowa NSZZ „Solidarność” Amazon Fulfillment Poland sp. z o.o.

Do Zakładowej Organizacji Związkowej NSZZ „Solidarność” Amazon Fulfillment Poland sp. z o.o. mogą zapisać się  pracownicy ze wszystkich centrów dystrybucyjno – logistycznych Amazon w Polsce.

NSZZ „SOLIDARNOŚĆ” AMAZON POLSKA REPREZENTUJE WSZYSTKICH PRACOWNIKÓW ZATRUDNIONYCH W SPÓŁCE AMAZON W POLSCE.

Dołącz do Nas !!!

Organizacja Związkowa postanowiła, że wybory władz naszej organizacji zostaną przeprowadzone w przeciągu 3 miesięcy.

Związek zawodowy w imieniu pracowników będzie negocjował z Zarządem Amazon:

– regulamin pracy,

– regulamin wynagradzania,

– regulamin świadczeń socjalnych,

w których określone zostaną zasady i stawki wynagradzania. Takie kwestie jak godziny nadliczbowe, premie, świadczenia świąteczne, urlopowe oraz indywidualna pomoc socjalna dla pracowników.

Mocno zaangażujemy się w utworzenie Społecznej Inspekcji Pracy (SIP) w Amazonie.

Doprowadzimy do udziału polskich przedstawicieli pracowników Amazon w Europejskiej Radzie Zakładowej Pracowników Amazon.

DLA CZŁONKÓW ZWIĄZKU NSZZ „Solidarność” pracują  doświadczeni i przeszkoleni związkowcy, prawnicy i ekonomiści.

ŚWIADCZYMY BEZPŁATNE PORADY PRAWNE W ZAKRESIE PRAWA PRACY I UBEZPIECZEŃ SPOŁECZNYCH.

Poradę możesz uzyskać  w siedzibie Zarządu Regionu Dolny Śląsk NSZZ „Solidarność”  pl. Solidarności 1/3/5 pierwsze piętro Dział Prawny pokój 115

Główne cele Zakładowej Organizacji Związkowej NSZZ „Solidarność” Amazon:

Obrona praw, godności i interesów pracowniczych członków Związku to główne cele statutowe, realizujemy je przez:
• reprezentowanie swoich członków związku wobec pracodawcy tak w sprawach indywidualnych jak i zbiorowych,
• udzielanie pomocy prawnej i podejmowanie interwencji w przypadkach konfliktów między pracownikiem a pracodawcą,
• sprawowanie kontroli nad warunkami bezpieczeństwa i higieny pracy oraz przestrzegania obowiązujących regulaminów i przepisów prawa pracy.

To tylko nieliczne przykłady naszej szerokiej działalności. W codziennej pracy kierujemy się zasadą, że nie ma spraw nie do załatwienia, nie ma problemów nie do rozwiązania. Potrzebna jest tylko dobra wola i gotowość do rozwiązania problemów po każdej stronie. Osiągniemy to poprzez dialog i gotowość do rozwiązywania konfliktów.

Dlaczego powinieneś zostać członkiem Związku NSZZ „Solidarność” Amazon?

NSZZ „Solidarność” jest niezależnym, samorządnym związkiem zawodowym i jeśli tylko zechcesz będzie bronić Twoich interesów pracowniczych.

„Solidarność” broni przede wszystkim swoich członków w zakładach pracy,

„Solidarność” nie będzie solidarna bez Twojej aktywności mądrości i uczciwości!

Dołącz do Nas !!!
RAZEM MOŻEMY WIĘCEJ !

Informacja jak przystąpić do NSZZ „S”:

Kamil 609 666 584
Marcin 887 775 732

Jesteśmy na facebooku

amazon@solidarnosc.wroc.pl

Tymczasowa siedziba i adres do korespondencji:

Zakładowa Organizacja Związkowa NSZZ „Solidarność” Amazon Fulfillment Poland sp. z o.o.

Pl. Solidarności 1/3/5, 53-661 Wrocław

tel. 71 78 10 150
www.solidarnosc.wroc.pl

wroc@solidarnosc.org.pl

 

Źródło: http://solidarnosc.wroc.pl/solidarnosc-w-amazonie/

 

 

 

http://player.polskieradio.pl/

 

 

źródło : http://www.polskieradio.pl/7/1691/Artykul/1344449/

22 grudnia 2014

Związki zawodowe co roku apelują do pracodawców, aby 24 grudnia dali wolne lub przynajmniej skrócili czas pracy swoim pracownikom. Czy wigilia powinna być dniem ustawowo wolnym od pracy? Na ten temat dyskutują Alfred Bujara (NSZZ „Solidarność”) oraz Grzegorz Baczewski (Konfederacja Lewiatan).

 

http://www.ipla.tv/Rozmowy-w-polsat-news-2-praca-w-wigilie/vod-6104245#/page_container

W tym roku wszystkie największe sieci handlowe działające w Polsce zamkną swoje sklepy w Wigilię Bożego Narodzenia o godzinie 14.00 lub 15.00. O skrócenie czasu pracy 24 grudnia od wielu lat apelowała handlowa Solidarność, prowadząc w okresie przedświątecznym akcję „Nie przehandluj pierwszej gwiazdki”.

 

- To nasz ogromny sukces. Od siedmiu lat prowadziliśmy w okresie przedświątecznym akcje ulotkowe i happeningi przed sklepami. Przez te wszystkie lata rozdaliśmy wraz z ulotkami ok. 50 tys. opłatków.  Prosiliśmy klientów o to, aby nie robili zakupów 24 grudnia, pisaliśmy apele do zarządów sieci handlowych. Konsekwentna praca przyniosła efekty – mówi Alfred Bujara, przewodniczący Sekretariatu Krajowego Banków Handlu i Ubezpieczeń NSZZ Solidarność.

 

Jak wynika z informacji handlowej Solidarności w tym roku zdecydowana większość dużych sieci handlowych zamknie swoje sklepy o godzinie 14.00. Jedynie markety Auchan, Real i Carrefour będą pracować o godzinę dłużej. – Mamy nadzieję, że skrócony czas pracy w Wigilię stanie się nie tylko dobrym obyczajem, ale również niepisanym standardem, o przestrzeganie którego pracownicy handlu nigdy już nie będą się musieli zabiegać, ani o nim przypominać – mówi przewodniczący.

 

Przewodniczący podkreśla, że jeszcze 4 lata temu sklepy wielu sieci czynne były w Wigilię do godziny 18.00, a we wcześniejszych latach nawet do 20.00. Wówczas zatrudnieni w nich pracownicy wracali do domów późno w nocy. – Przed świętami do sklepów trafia większa ilość towarów, a więc  i pracy jest więcej. Po zamknięciu pracownicy muszą jeszcze posprzątać swoje stanowiska pracy, uzupełnić towar na półkach itd. Jeżeli sklep zamykał się o 20, to pracownicy mają grafiki rozpisane do 21.00 lub 21.30, później musieli jeszcze dostać się do domu – tłumaczy Bujara.

 

Skrócenie handlu w Wigilię Bożego Narodzenia udało się osiągnąć bez regulacji prawnych. O tym jak trudno skłonić polityków do wprowadzenia jakichkolwiek ograniczeń dla handlu wielkopowierzchniowego świadczy chociażby los kolejnych inicjatyw ustawodawczych dotyczących skrócenia lub wprowadzenia całkowitego zakazu handlu w niedzielę. – Liczymy, że konsensus w sprawie godzin pracy Wigilię będzie trwały i rozpocznie nowe otwarcie dialogu pomiędzy pracodawcami w handlu i związkami zawodowymi. Mamy nadzieję, że również inne problemy pracownicze w naszej branży uda się rozwiązać w podobny sposób -  zaznacza szef handlowej „S”.

 

Siedem z dziewięciu placówek firmy wysyłkowej Amazon w Niemczech rozpoczęło kolejną falę strajków. Niemieckich pracowników wspierała w środę liczna grupa przedstawicieli NSZZ „Solidarność”.
- Pojechaliśmy do Lipska, aby przekazać pracownikom Amazona nasze poparcie i wyrazić solidarność  – tłumaczy Alfred Bujara przewodniczący sekcji handlowej NSZZ „Solidarność”. – Niemieccy strajkujący byli wyraźnie poruszeni naszym przyjazdem, a przecież niedługo i my możemy oczekiwać takiego wsparcia – wyjaśnia.
To już kolejny ze strajków pracowników popularnej firmy wysyłkowej. Konflikt między pracownikami, a pracodawcą trawa od 2013 roku. Pracownicy Amazona skarżą się na m.in. na zbyt dużą presję pracy, niskie zarobki, zbyt krótkie terminy realizacji zadań.  Grudniowy strajk jest tym bardziej dotkliwy, że zaplanowano go tuż przed świętami, czyli w najgorętszym dla handlu okresie.
Według oficjalnych informacji, że strony Verdi.de do strajku przyłączyło się blisko 3 tys. pracowników.
- Niemcy wypracowali sobie już całkiem dobre warunki pracy porównując je z Polską. Obecnie wielu pracowników pracuje już na umowach na czas nieokreślony, co pozwala im w ogóle strajkować  – tłumaczy Bujara. – Tymczasem Amazon w Polsce oferuje warunki pracy urągające ludzkiej godności. Polski pracownik zarabia średnio 3 euro na godzinę podczas gdy niemiecki pracownik wykonujący dokładnie tą samą pracę zarabia 10-12 euro na godzinę. Tym bardziej pragnę podkreślić, że jako „Solidarność” służymy pomocą i wsparciem dla każdego pracownika tej firmy –  apeluje.
Amazon to największy sklep internetowy świata, a zarazem posiadacz tytułu „najgorszego pracodawcy świata”.  Założony został 20 lat temu w USA przez Jeffa Bezosa. Zaczynał jako księgarnia internetowa. Zatrudnia ok. 117 tys. ludzi. Jakiś czas temu firma, silnie obecna w Niemczech, postanowiła otworzyć swoje kolejne centra logistyczne w Polsce i Czechach.
Niemiecki strajk ma potrwać do końca tygodnia.