Kilka dni temu we Frankfurcie nad Menem odbyło się ciekawe seminarium dotyczące organizowania pracowników, którzy poszukują zleceń za pomocą aplikacji i platform dla
wolnych strzelców. Choć te sposoby w Polsce nie są jeszcze często wykorzystywane, to europejskie instytucje i związki zawodowe już zauważają płynące z nich niebezpieczeństwa
dla stabilnego zatrudnienia, które czyhają szczególnie na młodych pracowników.
UpWork, Mechanical Turk czy LM LAPS to tylko kilka nazw platform, które zajmują się pośredniczeniem w zawieraniu stosunków pracowniczych. Będąc kandydatem do pracy możemy
zamieścić na nich głoszenie, a algorytm sam podpowie ewentualnemu pracodawcy czy jesteśmy odpowiedni do wykonania zleconego zadania. Wystarczy stworzyć własny profil, na
którym dokładnie opiszemy czym się zajmujemy, jakie mamy wykształcenie i doświadczenie zawodowe. Gdy poszukujący pracownika wpiszą w wyszukiwarkę swoje wymagania, nasz
profil pojawi się na liście odpowiednich kandydatów. Wydawać by się mogło, że takie strony stanowią idealną alternatywę dla pracowników młodych, którzy reprezentują np.
zawody informatyczne (programiści, administratorzy sieci, pozycjonerzy) czy artystyczne (copywriterzy, graficy, muzycy). I rzeczywiście, nie byłoby w tym nic niewłaściwego,
gdyby nie fakt, że te narzędzia wykorzystywane są przez pracodawców do unikania odpowiedzialności za zatrudnianych.
„Zostań grafikiem komputerowym w dużej korporacji! Gwarantujemy atrakcyjne zarobki, zdalne wykonywanie obowiązków, wolność i dowolność w kwestii godzin pracy.” Brzmi
bajecznie. Szkoda, że nikt nie wspomina o tym, że dowolność w kwestii godzin pracy oznacza nic innego, jak pracę nocami, dużo więcej niż 8 godzin dziennie po to, aby firma
nie musiała płacić ci dodatkowo za nadgodziny. Nie pracujesz – nie zarabiasz. Zdalne wykonywanie obowiązków to nic innego jak praca z kawiarni pełnej ludzi lub przy
wynajmowanym na godziny biurku w centrum usług wspólnych po to, aby zatrudniająca cię firma mogła zaoszczędzić na wynajmowaniu powierzchni biurowej. Atrakcyjne zarobki z
kolei przestaną być tak atrakcyjne, kiedy na początku miesiąca okaże się, że koszty Twojej pracy pochłaniają ¾ wynagrodzenia. Aha, bo zapomnieli Ci powiedzieć. Musisz
założyć działalność gospodarczą. Jesteś samozatrudniony. Nie chcesz? To albo znajdziemy na Twoje miejsce kogoś, kto będzie chciał, albo będziesz zarabiać mniej. Czemu się
dziwisz? Przecież wszyscy tak robią! Bajka zamienia się w koszmar, a ambitny człowiek, który myślał, że sam będzie sobie panem, staje się zwyczajnym niewolnikiem. Bycie
samozatrudnionym nie jest niczym złym, dopóki jest to nasza własna, przemyślana decyzja. Niestety, coraz częściej zdarza się, że firmy zmuszają do tego pracowników, aby
unikać kosztów, które powinny ponosić i odpowiedzialności, która leży przecież po ich stronie. Co na to platformy? Przecież nie są pracodawcami. Wręcz przeciwnie, pomagają
jednym i drugim odnaleźć się w tym ogromnym i chaotycznym świecie, jakim jest rynek pracy.
Poza platformami istnieje jeszcze mnóstwo aplikacji, które choć na dużo mniejszą skalę, działają na podobnych zasadach. Foodora, działająca w 10 krajach na całym świecie
aplikacja, która zajmuje się dostarczaniem jedzenia do klientów indywidualnych, zatrudnia kilkanaście tysięcy pracowników. Chociaż właściwszym byłoby powiedzieć, że zrzesza
kilkanaście tysięcy pracodawców, bo ok. 80% przewożących posiłki na rowerach dostawców to osoby samozatrudnione. Pozostałe 20% to pracownicy zatrudnieni bezpośrednio przez
właściciela aplikacji i pracujący w biurach. Przeciętny dostawca w Foodorze jest osobą młodą, która koniecznie musi posiadać dwie rzeczy: rower i telefon. Telefon po to,
żeby odbierać zamówienie i zobowiązać się do jego dostarczenia, rower jako środek transportu. Oba przedmioty są własnością prywatną dostawcy. W umowie z firmą podwykonawca
zobowiązuje się do utrzymania i napraw na własny koszt. Foodora płaci ok. 10 euro za godzinę pracy, czasem oferuje również premię za wyjątkowo szybką dostawę. Nie ma
ubezpieczenia od wypadku, kiedy spadnie ci łańcuch lub rozbijesz głowę, musisz sobie radzić sam. Według badań przeprowadzonych przez niemieckie związki zawodowe, tego typu
pracę wybierają głównie studenci, którzy dorabiają do stypendium naukowego lub osoby wykonujące wolne zawody, dla których dostarczanie pizzy na rowerze jest drugim, albo
nawet trzecim zajęciem. Firma oczywiście reklamuje się elastycznym podejściem w stylu „sam decydujesz, ile pracujesz” czy też „można zarabiać na życie nie spędzając ośmiu
godzin przy biurku”. Jak pokazują statystyki – może być bardzo trudno.
Przykładem znanym z rodzimego podwórka jest aplikacja Uber, która działa na podobnej zasadzie co Foodora. Przewożenie ludzi to jednak dużo większa odpowiedzialność. Wkład
kierowcy również jest dużo większy: samochód jest jednak sporo droższy niż rower, poza systematycznymi naprawami musimy też stale utrzymywać auto w czystości, za co nie
dostajemy od aplikacji żadnych dodatkowych pieniędzy. Wynajmowani przez Ubera kierowcy to również jednoosobowe podmioty gospodarcze. Rano jeżdżą dla jednej z korporacji
taksówkarskich, wieczorami dorabiają logując się w aplikacji. Za niewielkie pieniądze muszą być na każde zawołanie klienta, za co sami muszą słono zapłacić: o ile korporacja
reguluje za nich koszty pracodawcy, o tyle firma, którą prowadzą, musi robić to sama. Co ma z tego Uber? Kierowcę, któremu płacą najniższą możliwą stawkę, auto, którego nie
kupują i za które nie ponoszą żadnej odpowiedzialności i dyspozycyjność, której po prostu wymagają. I pieniądze, mnóstwo pieniędzy. Układ idealny.
Uber, który działa w największych miastach kilkudziesięciu państw świata do tej pory nie był uznawany za firmę transportową. Na pytanie „jak to możliwe?” jest wiele
odpowiedzi. Jedna z nich brzmi: nie jest firmą transportową, bo nie ma floty. Samochody nie należą przecież do nich. Nie odprowadza więc odpowiednich dla firm transportowych
podatków, nie ciąży na nich również odpowiedzialność za samochody i kierowców, będących podwykonawcami. Ta sytuacja powoli się zmienia: m. in. Komisja Europejska bada sposób
zatrudniania kierowców przez firmę (charakter ich pracy świadczy o tym, że powinni być zatrudniani w oparciu umów o pracę) sprawdzając jednocześnie, czy Uber powinien zostać
zaklasyfikowany jako korporacja transportowa. O tym, że firma jest na cenzurowanym w wielu krajach świadczy chociażby decyzja władz Londynu sprzed kilku dni: Uber stracił
pozwolenie na działalność na obszarze całego miasta.
Według szacunków, do końca bieżącej dekady ponad 40% pracowników będzie reprezentantami tzw. „gig economy” – będą wykonywać swoją pracę na zasadzie zlecenia, od kontraktu
do kontraktu. Niemal wszyscy samozatrudnieni, z kilkutygodniowymi lub kilkumiesięcznymi „umowami o dzieło”. Wygląda na to, że doprowadzić do takiej sytuacji próbują same
firmy – im więcej wolnych strzelców, tym korzystniej dla nich. Pracownicy nie spotykają się w biurach, brakuje solidarności w walce o prawa. Nie pomaga również legislacja. W
wielu krajach, podobnie jak w Polsce, nie pozwala ona zrzeszać się osobom zatrudnionym na umowach innych niż umowy o pracę. Samozatrudnieni, choć do związków zapisać się
mogą, są tak naprawdę sami – jako jednoosobowe firmy-pracownicy nie są reprezentowani przez organizację. W takiej sytuacji łatwo o mobbing, stres, przeciążenie pracą. Młodym
ludziom wmawia się, że praca zleceniowa jest dla nich świetnym wyjściem – wolność i kontrola nad własnym życiem, w przeciwieństwie do podporządkowania charakterystycznego
dla pracy na etacie. Za wolność trzeba jednak zapłacić. W tym przypadku brakiem dni wolnych, alienacją, brakiem ochrony przed zwolnieniem, brakiem podwyżek, niepewnością
jutra. Warto się więc zastanowić, czy warto.
mm