“Komuniści nas zwalczali. Ale jednocześnie rozumieli, że ktoś musi uczyć nasze dzieci”

Czesław Chmielewski działacz „Solidarności” i były opolski kurator oświaty w latach 1990-1994

O działalności „Solidarności” nauczycielskiej z Czesławem Chmielewskim, działaczem „Solidarności” i byłym opolskim kuratorem oświaty w latach 1990-1994, rozmawiał Bolesław Bezeg.

Kiedy pan wstąpił do „Solidarności”?

Jeśli chodzi już o fizyczną przynależność, to we wrześniu 1980 r. Pierwsze protokoły mamy z połowy września. Gdzie to było? Wtedy jeszcze w Straży Pożarnej u Bogusława Bardona, bo działał tam Międzyzakładowy Komitet. Właśnie tam się rejestrowaliśmy i tam rozpoczęliśmy nabór do „Solidarności” nauczycielskiej. A promotorem tego działania była pani Aniela Górzna, mogę powiedzieć, że była pierwsza pod względem organizacyjnym i gotowa do pracy.

Ja byłem wtedy nauczycielem w II Liceum Ogólnokształcącym. To była specyficzna działalność nauczycielska, bo szkoła zawsze była pod szczególnym nadzorem, zwłaszcza władz partyjnych. Dyrektorzy musieli należeć do partii i być zaufanymi ludźmi, skoro kształtowali młode pokolenie.

Na jakie problemy napotykaliście w działalności związkowej?

Nie było prawie żadnych. Współpracował ze mną kolega Władysław Szewczyk, historyk, pani Kulicka, historyczka, oraz geograf, którego nazwiska, niestety, nie pamiętam. To była taka pierwsza trójka, potem była czwórka, piątka itd. W rezultacie powstało koło „Solidarności” liczące prawie połowę grona pedagogicznego. Związek Nauczycielstwa Polskiego (ZNP) twardo bronił swoich rubieży, ale zdecydowana większość członków „Solidarności” wcześniej należała do ZNP – zmienili tylko barwy związkowe.

To ile osób liczyło grono pedagogiczne?

Grono nauczycielskie w naszym liceum liczyło około 90 osób. Mniej więcej połowa należała do „Solidarności”. Połączyliśmy się z grupą nauczycieli działającego w tym samym budynku liceum zaocznego przy ul. T. Kościuszki 14. Tam powstała „Solidarność” – około 70% nauczycieli w tej szkole było członkami związku. Między innymi moja żona została szefem Solidarności w tej szkole. Na początku oba zespoły występowały na jednej liście i tak się zarejestrowaliśmy w siedzibie opolskiej Solidarności, w budynku straży pożarnej na rogu ulic Katowickiej i Ozimskiej. W styczniu 1981 r. w Opolu mieliśmy około 500 członków „Solidarności” nauczycielskiej, której komisja zakładowa mieściła się w budynku przy placu Konstytucji, tam, gdzie teraz są biura starostwa.

Jakiego rodzaju działalność wtedy Państwo prowadziliście?

Nasza działalność była polityczna. Tamten ład komunistyczny absolutnie nam nie odpowiadał. Historycy, a ja jestem historykiem z zamiłowania, dobrze wiedzieli, co się dzieje. Mój dziadek Antoni Chmielewski, żołnierz Polskiej Organizacji Wojskowej Józefa Piłsudskiego, zginął 12 listopada 1918 r. podczas rozbrajania oddziałów niemieckich w Bolesławcu nad Prosną, więc miałem poglądy narodowo-patriotyczne od początku. Studiowałem fizykę i mogłem uczyć swojego przedmiotu bez ingerencji polityków. Najbardziej uczniowie cenili to, co mówiłem im poza fizyką – wychowanie było integralną częścią nauczania. Często dawali temu wyraz.

Powiedział Pan, że to była działalność polityczna. W jaki sposób działaliście?

Nie pracowaliśmy z młodzieżą organizacyjnie, czy politycznie, ani ich nie agitowaliśmy, ale oni widzieli i słyszeli wszystko. Nosiliśmy odznaki „Solidarności”. Byłem delegatem na pierwszym zjeździe „Solidarności” w Gdańsku – oficjalnie i legalnie, bo po rejestracji związek działał legalnie do 13 grudnia 1981 r. Wśród delegatów byli m.in. Stanisław Jałowiecki, Roman Kirstein, Zbigniew Ogrodnik, Jerzy Łysiak.

A potem, jak przyszedł 13 grudnia, jak to Pan pamięta?

Pamiętam ten dzień bardzo dobrze. Z jednej strony drastycznie, z drugiej przypadkowo. Wiedzieliśmy, co się szykuje. Zarząd regionu przeniósł się do Prudnika, a my mieliśmy dyżury w Zarządzie Regionu przy ul. W. Reymonta na trzecim piętrze. Umówiliśmy się z kolegami, że będziemy dyżurować i grać w brydża, żeby nie nudzić się. Moja żona źle się czuła i poprosiła, żebym nie szedł do regionu. Odprowadziłem ją do domu około 20.00 i zostałem. Redagowałem nasze pisemko „Bryk” – informator dla nauczycieli. Około 23.00 słyszę hałas na chodniku – ORMO wchodzi do klatki, wchodzi wyżej. Po chwili schodzi mój sąsiad Zdzisław Rusinek z PAX-u, redaktor. Pomyślałem, że nie pasuje mi to, by on szedł na patrol z zomowcami. Poszedłem spać przed północą. Rano o 6.30 sąsiad mówi: „Jaruzel wypowiedział wojnę”. Włączam telewizor i dowiaduję się, co się stało. Zdzichu, mój sąsiad, został wyciągnięty przez zomowców pod pozorem włamania do PAX-u, ale wrócił na święta. Pamiętam też czołgi jadące zaśnieżoną ulicą Nysy Łużyckiej, gdy odprowadzałem żonę do szkoły. Pozdrawialiśmy żołnierzy, choć sami nie wiedzieliśmy, jak się zachować.

Czy próbowaliście działalności podziemnej?

Oczywiście. Komisja zakładowa zeszła do podziemia natychmiast. Biuro na Rondzie oczyściliśmy. Kolega Roman Kwolek, fizyk i dowcipniś, w książkach o historii WKPB trzymał nasze deklaracje członkowskie. To było sprytne – dokumenty zabezpieczone, historia partii została „na pożarcie” władzy. Ja nie byłem aresztowany, ale byłem pod dozorem. Wzywano mnie do komendy na ul. L. Powolnego, przeprowadzono rozmowę pouczającą i zostałem zwolniony z pracy w II LO. Odwołałem się do sądu pracy i w maju mnie zwolniono z trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia, ale już latem wiedziałem, że wrócę do pracy. Miałem też bezpośrednią relację od człowieka z Komitetu Miejskiego partii – powiedział mi, że podczas dyskusji o zwolnieniach sekretarz Hieronim Synowiec stanął w obronie nauczycieli: „Nie możemy wszystkich zwalniać, bo ktoś musi uczyć nasze dzieci”. To mi się podobało.

Proszę opowiedzieć więcej o działalności konspiracyjnej.

Ta działalność przede wszystkim polegała na przekazywaniu informacji i kolportażu pism podziemnych z Wrocławia i Warszawy. Nie wszyscy działacze byli mi znani, bo należeli do innych grup, ale współpracowaliśmy.

Aż w końcu przyszedł rok 1989. Jak Pan to pamięta?

Byliśmy zaaferowani akcją wyborczą. Okrągły Stół nie spełniał wszystkich oczekiwań, ale mieliśmy do Lecha Wałęsy zaufanie. Był zwolennikiem takiej taktyki, która później okazała się fałszywa, bo grał swoim słownictwem, by zakamuflować prawdziwe myśli. Potem okazało się, że „Bolek” to „Bolek”. Odtwarzając „Solidarność”, zorganizowaliśmy zjazd na WSP w Opolu, jednoczący różne związki z województwa opolskiego. Trzeba było połączyć różne „kawałki” regionu. Podczas dyskusji zaproponowałem zmianę nazwy na „Powstający Zarząd Regionu Śląska Opolskiego” – nawiązanie do powstań śląskich. Propozycja przeszła.

Czy po 1989 r. nadal angażował się Pan w działalność związkową?

Byłem członkiem tymczasowego Zarządu Regionu, delegatem na krajowy zjazd, przewodniczącym sekcji regionalnej „Solidarności”. Dziś jestem członkiem związku na emeryturze. Moim głównym zadaniem jest opieka nad żoną, ale utrzymuję kontakty z Zarządem Regionu i wieloma ludźmi „Solidarności”. Poglądy mam narodowo–patriotyczne, mocno krytyczne wobec współczesnego kierunku integracji z Unią Europejską.

źródło: nto.pl

Czytaj też...

Fotorelacja: 45 lat NSZZ “Solidarność”

czytaj więcej
45 lat NSZZ “Solidarność”

Wielka radość, wspomnienia, ale też troska o…

czytaj więcej
Dariusz Brzęczek: Walczymy o dobre warunki życia i pracy

Okorzeniach opolskiej „Solidarności” z przewodniczącym Zarządu Regionu…

czytaj więcej
Wiesław Moliński: Gdyby trzeba było, zrobiłbym to samo jeszcze raz. Może tylko mądrzej i ostrożniej

O życiu pod tajniacką obserwacją, represjach i…

czytaj więcej
Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie.