20 lat negocjacji, które były i są trudne. "Alternatywa dla rozmów na ulicy"

20 lat negocjacji, które były i są trudne. "Alternatywa dla rozmów na ulicy" - czytaj

Dzień wspomnień, zadumy i refleksji

Dzień wspomnień, zadumy i refleksji - czytaj

Przewodnicząca Krajowego Sekretariatu Ochrony Zdrowia odznaczoną przez Prezydenta Rzeczypospolitej Andrzeja Dudę

Przewodnicząca Krajowego Sekretariatu Ochrony Zdrowia odznaczoną przez Prezydenta Rzeczypospolitej Andrzeja Dudę - czytaj

Pikieta przed siedzibą Starostwa Powiatowego w Przasnyszu

Pikieta przed siedzibą Starostwa Powiatowego w Przasnyszu - czytaj

Pielgrzymka w Roku Świętym

Pielgrzymka w Roku Świętym - czytaj

Zebranie Regionalnej Sekcji Służby Zdrowia Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”

Zebranie Regionalnej Sekcji Służby Zdrowia Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność” - czytaj

Dzień wspomnień, zadumy i refleksji

Dzień wspomnień, zadumy i refleksji - czytaj

Konferencja EPSU

Konferencja EPSU - czytaj

Walne Zebranie Delegatów Krajowej Sekcji Służby Zdrowia

Walne Zebranie Delegatów Krajowej Sekcji Służby Zdrowia - czytaj

2012-06-15 11:19Zdrowie do naprawy

Zamieszczamy treść artykułu przewodniczącej Sekretariatu Ochrony Zdrowia Marii Ochman, który opublikowany został w Naszym Dzienniku 16.06.2012 roku.

Od kilku tygodni, ba, nawet miesięcy, dzięki staraniom mediów i polityków żyjemy w Eurorado - krainie szczęśliwości. W tej wykreowanej rzeczywistości nie mają prawa docierać do nas żadne złe informacje i prognozy. Nawet o toczących się pracach w Sejmie, po ostatnim burzliwym serialu pt. "E jak emerytury", jakby ciszej. Tymczasem dzieją się tam rzeczy bardzo ważne.

Do poprawki trafiła bowiem kolejna ustawa z wiekopomnego dzieła pakietu ustaw zdrowotnych autorstwa byłej minister zdrowia Ewy Kopacz. Gdyby ktoś zapomniał o horrorze, jaki przeżywaliśmy na przełomie roku, to warto przypomnieć, iż pospiesznie nowelizowano wówczas tzw. ustawę refundacyjną, która zamiast zapowiadanego ładu i ulg dla pacjentów, przyniosła spustoszenie w ich kieszeniach i budżecie Narodowego Funduszu Zdrowia. Teraz, w ekspresowym tempie i przy zastanawiającym milczeniu opozycji, poprawiana jest ustawa o działalności leczniczej - sztandarowe dzieło Ewy Kopacz. Uchwalone zaledwie rok temu musi być poprawione, bo inaczej hospicja staną się przedsiębiorstwami, a ofiarność ludzi bezinteresownie niosących pomoc w cierpieniu będzie prawnie zabroniona. Rzec by można, że cel uświęca środki, a więc trzeba szybko i po cichu dokonać zmian, gdyby nie kilka faktów.

W sieci długów
Cała ustawa o działalności leczniczej jest przez ekspertów oceniana jako przykład źle stanowionego prawa. Wielokrotnie zmieniana przez polityków już w procesie legislacji, napisana strasznym językiem, wprowadza słowne dziwolągi - "podmiot działalności leczniczej" zamiast szpitala, "będący lub niebędący przedsiębiorstwem" - czyli będący lub niebędący spółką. Sankcjonuje istniejące obecnie w polskiej służbie zdrowia patologie, np. nierówność podmiotów publicznych i prywatnych, i nie rozwiązuje żadnego z najważniejszych problemów. Przede wszystkim - zadłużenia. A urosło ono w ostatnich latach ponownie do gigantycznych rozmiarów. Według danych z maja, zadłużenie wymagalne wyniosło 2,5 mld zł, szacuje się jednak, że wszystkie długi wynoszą ponad 10 mld złotych.
Niestety, na próżno szukać w przywołanej ustawie recept na zmniejszenie długów i pomysłów, jak państwo powinno w tym pomóc polskim szpitalom. Bo to, że pomóc powinno, jest poza dyskusją. Zobowiązuje je do tego m.in. art. 68 Konstytucji RP, który stanowi, że "obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych". Tymczasem jedynym sposobem na oddłużenie szpitali jest - według twórców ustawy - przekształcenie ich w spółki prawa handlowego. Zatem przerzucenie całkowitej odpowiedzialności zarówno za ich przeszłość, jak i przyszłość na samorządy terytorialne. Jak wynika z doświadczeń już przekształconych placówek, sama zmiana statusu nie przesądza o poprawie ich rentowności - wręcz przeciwnie, placówki te dalej się zadłużają. Dodatkowo sytuację polskiego szpitalnictwa komplikuje fakt, iż samorządy terytorialne w Polsce borykają się i bez długów szpitali (bo te do momentu przekształcenia są długami na papierze) z katastrofalnym zadłużeniem! Dobijają je unijne inwestycje, na których realizację zaciągnięto gigantyczne kredyty, i kolejne zadania nałożone na władze lokalne przez rząd.
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, zobowiązania samorządów wobec banków wynoszą ponad 83 mld złotych. Wiele gmin przekroczyło już ustawowy próg długów, który wynosi 60 proc. dochodów. Spadają dochody własne samorządów, rosną kłopoty z finansowaniem edukacji, pomocy społecznej, remontów dróg i budynków komunalnych. Ten rok i następny będą szczególnie trudne. Bo to w roku 2012, decyzją ustawodawców, rozstrzygnie się, czy szpital będzie miał możliwość pozostania placówką publiczną. W przypadku straty finansowej samorząd musi przekształcić go w spółkę lub pokryć zadłużenie z własnych środków. Wiązać się to będzie z koniecznością narzucenia placówkom drakońskich oszczędności mimo i tak już tragicznej kondycji finansowej polskiej służby zdrowia. W tej dramatycznej sytuacji ofiarami oszczędności będą pacjenci i pracownicy.

Brakuje lekarzy i pielęgniarek
Ustawa o działalności leczniczej nie rozwiązuje istniejących od wielu lat konfliktów i podziałów wśród pracowników służby zdrowia. Jest to jedna z niewielu branż, gdzie warunki pracy i płacy nie są regulowane nawet przez kodeks pracy. To właśnie tu najbardziej widoczna i dotkliwa jest plaga "umów śmieciowych". Zwłaszcza w zawodach, w których zgodnie z kodeksem pracy takie umowy nie powinny być nigdy zawierane. Już dziś obserwujemy próby wymuszania przez dyrektorów na pracownikach zrzekania się funduszu świadczeń socjalnych, likwidacje premii, obniżki wynagrodzeń. Unijna dyrektywa czasu pracy (dla lekarzy) stworzyła ułudę regulacji czasu pracy i wyeliminowania trwających często non stop dyżurów. Nadal mamy do czynienia z drastycznym naruszaniem norm i bezpieczeństwa pracy, a zróżnicowanie płacowe nie tylko pomiędzy zawodami, lecz także wśród poszczególnych grup zawodowych sięga od kilku do kilkunastu tysięcy złotych. Na próżno jednak szukać w ustawie rozwiązań, które stworzyłyby dla wszystkich placówek - zarówno publicznych, jak i niepublicznych - standardy zatrudnienia i wynagradzania, przybliżające nas do krajów Europy Zachodniej. Mogłyby one powstrzymać emigrację dobrze wykształconych pracowników medycznych i poprawić ich status społeczno-ekonomiczny w kraju. Tymczasem w wyniku zaniechania wielu rządów mamy najniższe wskaźniki dotyczące liczby lekarzy i pielęgniarek w stosunku do liczby ludności, a dramatyczny niedobór specjalistów powoduje, że kolejki do nich wydłużają się - i rośnie korupcja.


Chorzy bez ochrony
W założeniu ustawa miała poprawić los pacjentów. Nic bardziej błędnego! Ustawodawca bardziej zatroszczył się o sposób traktowania zwłok w "podmiocie działalności leczniczej" (co oczywiście jest niezwykle ważne) niż o samego chorego. Pacjent pozostaje osamotniony w gąszczu niezrozumiałych, często sprzecznych ze sobą przepisów i co chwila zmieniających się wymagań poświadczania prawa do ubezpieczenia. W permanentnym konflikcie między rządem a pracownikami służby zdrowia chory staje się zakładnikiem. Jak na ironię, jego obrońcą w walce z niewydolnym systemem jest rzecznik praw pacjenta, który jest stroną w konflikcie, ponieważ mianuje go... premier. O "skuteczności" działań rzecznika mieliśmy się okazję przekonać na początku tego roku, podczas sporu o leki refundowane.
To tylko niektóre absurdy projektowanej ustawy o działalności leczniczej. Jeśli chcemy uniknąć trzęsienia ziemi, które niechybnie w przyszłym roku nastąpi, wymaga ona gruntownych i przemyślanych zmian. Aby zapobiec katastrofie, potrzeba nie tylko dużo rozsądku, ale i społecznego porozumienia. Niezbędne jest uwzględnienie opinii ekspertów i praktyków. Niestety, dotychczas tego porozumienia brak nawet w ekipie rządzącej. W gabinecie Donalda Tuska miesiącami przeciągają się ustalenia dotyczące zmian legislacyjnych, trwa karuzela stanowisk. Popełnionych błędów nie uda się wytłumaczyć opinii publicznej pokazywaniem głów kolejnych kozłów ofiarnych. Odwołania dr. Jacka Paszkiewicza, prezesa NFZ, trudno nie odbierać jako przerzucenia odpowiedzialności za całą masę politycznych i merytorycznych pomyłek rządu i resortu, których bolesne rezultaty będziemy odczuwać jeszcze przez wiele miesięcy. Niepodniesienie składki na ubezpieczenie zdrowotne - mimo deklaracji premiera, iż nastąpi to w 2010 roku, skutki kryzysu demograficznego, rosnące bezrobocie powodują, iż środków na leczenie w systemie ochrony zdrowia jest wciąż za mało. Rosną za to ceny leków, energii, żywności i inne koszty własne, obciążające zarówno pacjentów, jak i placówki medyczne. Wzrastają dysproporcje wynikające z wadliwego podziału pieniędzy na wojewódzkie oddziały NFZ, tzw. algorytmu. Brakuje pieniędzy na wysokospecjalistyczne procedury i utrzymywanie całodobowych dyżurów w szpitalach. Czy zmiana na stanowisku prezesa tę sytuację naprawi? Jestem przekonana, że nie. Co więcej, obawiam się, że pociągnie to za sobą kolejne zmiany personalne w oddziałach wojewódzkich. Wątpię też, by zakończyła spór kompetencyjny między Ministerstwem Zdrowia a NFZ. Zadaniem prezesa NFZ jest i powinno być pilnowanie, aby środki publiczne, pochodzące z naszych składek, były wydawane zgodnie z ustawą o świadczeniach zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych, a nie pod dyktando politycznych zachcianek. Braku takiego rygoru nie można odmówić ustępującemu prezesowi Jackowi Paszkiewiczowi.
Mija pół roku. Eurorado trwa w najlepsze. W szpitalach kończą się limity, w NFZ - kasa. Jesienią, gdy wyczerpią się kontrakty, aby leczyć, potrzebna będzie decyzja: zamknąć szpital, albo, przyjmując pacjentów, popaść w zadłużenie. Tak było dotychczas. Leczono, choć często NFZ nie płacił za nadwykonania. W tym roku jednak może być już inaczej. Widać jak na dłoni, że dyscyplina finansowa narzucona w ustawie o działalności leczniczej postawi dyrektorów i samorządowców pod ścianą.