Nie tak źle z tym naszym rządem! Przed ewentualnymi zakusami fałszerzy ze strefy Merecosur uratowali polską… wódę i Żubrówkę (też wódę, tyle, że z Podlasia). Że przy okazji kilkadziesiąt świetnych naszych regionalnych marek żywności zostanie bez ochrony… Cóż, chyba mają pecha.
Na liście unijnych produktów chronionych w umowie handlowej UE–Mercosur Polska wypada dramatycznie słabo. Gdy Francja, Włochy czy Hiszpania zabezpieczają dziesiątki swoich regionalnych marek, Polska zgłasza tylko dwa produkty: Polską Wódkę i Żubrówkę. Reszta – od serów, przez mięsa, po wyroby regionalne – pozostaje bez jakiejkolwiek ochrony.
Umowa przewiduje zabezpieczenie oznaczeń geograficznych i tradycyjnych nazw, tak aby producenci z Ameryki Południowej
nie mogli ich podrabiać ani wykorzystywać podobnych nazw handlowych. Wszystko jednak zależy od tego, co dane państwo faktycznie zgłosiło.
Łącznie ochroną objęto 344 produkty z całej Unii Europejskiej. Skala różnic między państwami jest uderzająca:
63 produkty z Francji, 59 z Hiszpanii, 57 z Włoch, 27 z Niemiec i tylko 2 z Polski; Polska Wódka oraz Żubrówka (z Niziny Północnopodlaskiej). One będą chronione jako oznaczenia geograficzne na poziomie UE, co zabezpiecza je przed podróbkami na rynkach międzynarodowych, w tym w ramach umowy handlowej z Mercosur.
Zadziwiające! Rząd stać tylko na zabezpieczenie Wódki i Żubrówki?!! Innych fajnych, zdrowych smacznych produktów nie mamy, czy tylko wcinający ośmiorniczki ich nie znają?…
Oznaczenia geograficzne to nie symbol ani marketingowy dodatek.
To konkretne narzędzie obrony rynku i dochodów producentów. Francja i Włochy od lat budują przewagę właśnie na skutecznej ochronie nazw, blokując tanie imitacje i wzmacniając pozycję swoich rolników oraz przetwórców.
Polska również posiada dziesiątki produktów, które mogłyby zostać objęte ochroną – od regionalnych serów i wędlin, przez miody, po produkty mleczne. Ich brak w umowie oznacza pełną swobodę dla producentów z Mercosur w używaniu nazw i skojarzeń, które mogą wprowadzać konsumentów w błąd.
Tymczasem polski minister rolnictwa, który powinien bronić polskich interesów, nawet nie przeczytał (jak sam to przyznał) umowy Mercosur! Wygląda na to, że państwo zrezygnowało z realnej obrony sektora rolno-spożywczego, ograniczając się do symbolicznych zapisów, a przecież wbrew pozorom – to nie jest
dyskusja tylko o zdrowej żywności, a o zapewniającym setki tysięcy miejsc pracy polskim przemyśle produkcyjnym, przetwórczym, handlowym.
Dla rolników i przetwórców to nie jest spór akademicki. Brak ochrony nazw oznacza większą presję cenową, utratę przewagi jakościowej i ryzyko podróbek (zawłaszczenia marki). Już to przerabialiśmy choćby we Włocławku; ludzi zwolniono, tradycyjny produkt zniknął, a pojawił się podobny ale bez miejscowych komponentów.
„EU tworząc z Mercosur wspólną strefę handlową umożliwi Rosji unikniecie skutków sankcji nakładanych przez UE. Niemcy okrężną drogą, przez Amerykę Południową, będą wspierać Rosję. Czyli Berlin uderza jak nie kijem (Nordstream) to pałką (Mercosur)” – zauważył we wpisie w mediach społecznościowych prof. Romuald Szeremietiew, ekspert ds. bezpieczeństwa.
Red.