Spór zbiorowy w spółce Yazaki w Mikołowie
- Kategoria: Regiony
Staże zawodowe mają ułatwić drogę od edukacji do pracy i powinny mieć silny komponent szkolenia lub nauki. W rzeczywistości są często wykorzystywane do zapewnienia taniej, a nawet niepłatnej pracy.
Około 61% absolwentów szkół wyższych w Europie odbyło co najmniej jeden staż. Niektóre zapewniają użyteczne szkolenie, a niektóre są połączone z nauką. Jednak tylko w 20%
przypadków stażystom płaci się na tyle wystarczająco, aby byli oni w stanie pokryć podstawowe koszty utrzymania. Ten odsetek spada w Hiszpanii nawet do 12%. Tylko 27% staży
kończy się otrzymaniem przez stażystę ofertą pracy. Praktyki zbyt często stanowią niepłatny okres próbny, który kończy się niczym, ponieważ stażystę zastępuje się innym
stażystą.
Dodatkowe informacje na temat staży
Specyficzną formą niepewnej pracy dla młodych ludzi jest niewłaściwe wykorzystanie staży - zarówno dlatego, że są one wykorzystywane jako zapewnienie taniej siły roboczej
(jako substytut standardowego zatrudnienia), albo są całkowicie niepłatne.
Badanie przeprowadzone przez Komisję Europejską w 2013 r., w oparciu o wywiady z 12 921 młodymi osobami wykazało, że 46% z nich odbyło co najmniej jeden staż, z czego 61%
jako absolwenci szkół. Staże mogą być krótkie, połączone ze szkoleniem, jednak często stanowią niepłatny lub źle wynagradzany okres próbny. Liczba młodych osób odbywających
praktyki po ukończeniu studiów różni się w poszczególnych krajach, ale stanowi większość w Hiszpanii, Słowenii i Chorwacji.
Tylko 27% przechodzi do pracy, a 23% oferuje się kolejne staże. Tylko 40% staży jest płatne, a tylko 46% jest wynagradzanych w stopniu wystarczającym, aby pokryć podstawowe
koszty utrzymania. W Hiszpanii jedynie 29% osób spośród 42% osób, które otrzymały zapłatę, stwierdziło, że wystarczy to na codzienne życie. W 10 krajach UE stażyści
stwierdzili, że ich wynagrodzenie nie pokrywa kosztów utrzymania. Były to: Belgia, Niemcy, Grecja, Hiszpania, Francja, Luksemburg, Węgry, Holandia, Polska i Chorwacja.
Tutaj więcej: "Kampania na rzecz wzrostu płac"
W ciągu miesiąca obowiązywania zliberalizowanych przepisów wizowych dotyczących wjazdu obywateli Ukrainy do Unii Europejskiej oczekiwania zarobkowe Ukraińców wzrosły dwucyfrowo, nawet o jedną trzecią. Na podwyżki liczą przede wszystkim tynkarze, murarze, kucharze i zatrudnieni w hotelarstwie.
Według Upper Job – agencji pośrednictwa pracy, która zajmuje się zatrudnianiem pracowników ze Wschodu, to skutek pojawienia się możliwości pracy na zamożniejszych rynkach.
– Od dwóch miesięcy obserwujemy zdecydowanie zwiększone potrzeby finansowe ukraińskich pracowników. Ukraińcy, którzy chcą pracować u polskich pracodawców, nie akceptują
wynagrodzenia, które było do tej pory akceptowane, czyli stawki 9 czy 10 złotych za godzinę. Obserwujemy wzrost od 15 do 35 proc., a największe oczekiwania mają pracownicy
fizyczni: kierowcy kategorii D, murarze, tynkarze, kucharze, pomoce w hotelarstwie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Iwona Załuska, członek zarządu Upper
Job.
Z danych zebranych przez pośrednika od ukraińskich agencji i pośredników pracy współpracujących z Upper Job wynika, że o ile w maju stawka godzinowa murarza wynosiła 20
zł, to obecnie wzrosła do 25 zł, czyli o jedną czwartą. Tyle mógł przed zmianami oczekiwać tynkarz, ale teraz oczekuje o 5 zł więcej za godzinę. Nawet najmniej wymagający
kucharze żądają podwyżki o 17 proc. – do 14 zł za godzinę. Średnio pracownicy fizyczni z Ukrainy chcą teraz zarabiać o 33 proc. więcej niż dwa miesiące temu – wynika z
badań firmy.
– Mamy teraz rynek pracownika. Jesteśmy w stanie wyselekcjonować dla firm pracownika o właściwych kompetencjach i z odpowiednimi oczekiwaniami finansowymi. Uświadamiamy
pracodawców, że pracownicy ukraińscy powinni zarabiać więcej. Pracodawcy są zaskoczeni, a pracownicy ukraińscy na tym korzystają, po prostu nie chcą pracować, jeśli stawka
wynagrodzenia nie będzie taka, jakiej oczekują – tłumaczy Załuska.
Z oficjalnych danych wynika, że w Polsce pracuje ok. 1,3 mln cudzoziemców, w tym ponad 1 mln Ukraińców. Ta liczba wzrasta w trwającym sezonie letnim, gdy znacząco rośnie
zapotrzebowanie na pracowników sezonowych. Tym bardziej że do kilkutygodniowej pracy przy zbiorach jest coraz mniej chętnych Polaków, których dochody wzrosły wraz z
uruchomieniem programu Rodzina 500 plus. Ruch bezwizowy może sprawić, że wschodni sąsiedzi znajdą nieporównywalnie wyżej płatną pracę w Niemczech czy innych zachodnich
krajach.
– Obserwujemy duże zainteresowanie wyjazdami za granicę, zwłaszcza do Niemiec, gdzie pracownicy ukraińscy mają cztery razy wyższe stawki, jeśli są w stanie tę pracę
pozyskać. Z tego wynika zdecydowany wzrost oczekiwań finansowych – mówi Załuska.
I bez względu na to, czy Ukraińcy zajmą w Niemczech miejsce Polaków, Bułgarów czy Rumunów, to nie będą już tak zainteresowani pracą w Polsce. A to zmusi polskich
pracodawców do podniesienia stawek.
– Obawiam się, że oczekiwania finansowe pracowników ukraińskich będą rosły. Jest wysoki sezon. Właściwie każda firma, do której dzwonimy, zgłasza zapotrzebowanie na
pracowników ukraińskich, a ich oczekiwania rosną. Pracodawcy starają się uatrakcyjnić wynagrodzenie poprzez oferowanie Ukraińcom mieszkań, za które nie muszą płacić, a
jest to średnio od 300 a 500 złotych. Jest to bonus, dzięki któremu więcej pieniędzy zostaje im w kieszeni – mówi Iwona Załuska.
Jest też dobra wiadomość dla polskich pracowników: według Iwony Załuskiej ten mechanizm spowoduje konieczność wzrostu stawek dla wszystkich pracowników na rynku, nie tylko
ukraińskich, lecz także polskich. Tuż przed zniesieniem ruchu bezwizowego, w maju 2017 roku, średnie wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 4391 zł
miesięcznie. To o 5,4 proc. więcej niż rok wcześniej. W ciągu pięciu miesięcy od stycznia do maja średnia płaca wzrosła w ujęciu rocznym o 4,7 proc.
newseria.pl
Wchodząca od września reforma edukacji budzi wiele skrajnych emocji. Spór zwolenników i przeciwników zmian przybrał już taki poziom absurdu, że obie strony nie zauważają jak wiele tworzą mitów. Najczęściej dotyczą one likwidacji gimnazjów.
Po wakacjach w polskim systemie edukacji ponownie będzie obowiązywać ośmioletnia szkoła podstawowa i czteroletnie licea. Gimnazja będą stopniowo likwidowane i
przekształcane w szkoły podstawowe. Obecni uczniowie klas szóstych trafią do klas siódmych. W miejsce szkół zawodowych powstaną szkoły branżowe, na razie pierwszego
stopnia – za trzy lata drugiego stopnia.
Będzie praca
Najbardziej medialnym tematem, który pojawia się wokół reformy edukacji, są masowe zwolnienia nauczycieli z likwidowanych gimnazjów. Najczęściej poruszają go
przedstawiciele Związku Nauczycielstwa Polskiego. Minister Anna Zalewska od początku wprowadzania reformy deklarowała, że żaden nauczyciel nie straci pracy. Prezes ZNP
Sławomir Broniarz tuż po ogłoszeniu reformy wyliczył, że pracę może stracić nawet 45 tysięcy pedagogów: 37 tys. z gimnazjów, 7-8 tysięcy z podstawówek. W czerwcu ZNP
zreflektował się i podał liczbę ok. 9 tysięcy nauczycieli, którzy mają stracić pracę. Tymczasem już dziś wiadomo, że masowych zwolnień nauczycieli nie będzie. Z arkuszy
organizacyjnych, które przygotowali dyrektorzy szkół wynika, że niemal 100 proc. pedagogów będzie miało etaty w nowym roku szkolnym. Potwierdzają to też dane z samorządów
- Nie odnotowujemy zwiększonej ilości zwolnień nauczycieli w związku z reformą edukacji. Nauczycielom gimnazjów, tracącym godziny z uwagi na zmniejszanie liczby
klas, organ prowadzący stara się zapewniać kontynuację zatrudnienia - mówi Ewa Grudniok, rzecznik prasowy z Urzędu Miasta w Tychach.
Co więcej, w niektórych szkołach brakuje nauczycieli. Na radach pedagogicznych dyrektorzy szkół ogłaszali oferty pracy z innych placówek. Masowe zwolnienia w szkolnictwie
okazały się mitem również z tego powodu, że nauczyciele, którzy nie dostali etatu w nauczaniu, mogli liczyć na przesunięcia na inne stanowiska np. wychowawca oddziału
przedszkolnego, wychowawca świetlicy. Komfort wręcz niespotykany w innych zawodach. Problem z pracą może pojawić się za dwa lata, gdy z systemu odejdą uczniowie klas
ósmych w szkołach i trzecich w likwidowanych gimnazjach.
Cały artykuł w najnowszym numerze "TS" (29/2017) do kupienia w wersji cyfrowej tutaj.
Stoimy na stanowisku czterech wolnych niedziel w miesiącu. Jesteśmy to winni Polakom, a szczególnie tym setkom tysięcy, którzy popisali się po inicjatywą obywatelską w tej sprawie – mówił w audycji „Kapitał i praca” w Polskim Radiu 24 Alfred Bujara z NSZZ „Solidarność”.
Prace nad ustawą o ograniczeniu niedzielnego handlu trwają nadal. „Solidarność” podpisy pod nim zebrała już niemal rok temu, jednak ciągle inicjatywa czeka na
ewentualne uchwalenie, mimo że popiera ją wiele środowisk. W rządzie pojawiają się w tej sprawie różne koncepcje.
Obecny, najnowszy pomysł, pochodzi od organizacji zrzeszających firmy handlowe, które zaproponowały umieszczenie stosownych przepisów dotyczących ograniczenia niedzielnego
handlu w Kodeksie pracy.
W audycji Kapitał i Praca oceniali te wszystkie propozycje przedstawiciele pracodawców i związków zawodowych z RDS: Witold Michałek, ekspert Business Centre Club i Alfredem
Bujara, przewodniczący Sekretariatu Handlu, Banków i Ubezpieczeń NSZZ „Solidarność”.
Jak oceniał w Polskim Radiu 24 Witold Michałek, ustawa ograniczająca handel w niedziele to „projekt nietrafiony”.
„Ta inicjatywa nie ma poparcia wśród konsumentów. Z badań wynika, że ponad 50 procent obywateli jest przeciwko, ok. 1/3 popiera proponowana zmiany, a reszta się waha”
argumentował.
Wyjaśniał też, że projekt zmian nie ma także szerokiej akceptacji wśród pracowników. Zmiany popiera 49 procent zatrudnionych w handlu, a 42 proc. jest przeciwko.
Z danymi, które przytaczał ekspert z BCC, nie zgadzał się Alfred Bujara.
„To demagogia i wprowadzanie Polaków w błąd – mówił związkowiec. – Codziennie mamy kontakt z pracownikami (…). Wiemy, jak traktowane są osoby zatrudnione w handlu. W tym
kontekście jesteśmy trzecim światem. To karygodne” oceniał.
Zgodnie z obywatelskim projektem, zakaz handlu w niedzielę miałby dotyczyć większości placówek handlowych. W projekcie przewidziano jednak szereg odstępstw od tego
ograniczenia.
Handel mógłby się odbywać w dwie kolejne niedziele poprzedzające święta Bożego Narodzenia, w ostatnią niedzielę przed Wielkanocą, ostatnią niedzielę stycznia, czerwca,
sierpnia oraz w pierwszą niedzielę lipca. Odbywałby się też między innymi w małych sklepikach, w których za ladą stanie właściciel, w aptekach, stacjach benzynowych czy
piekarniach zlokalizowanych przy zakładach produkcyjnych.
Wycofano z obrad sejmu krytykowany przez „Solidarność” rządowy projekt ustawy o Państwowej Inspekcji Bezpieczeństwa Żywności. Związkowcy zapowiadają, że dalej będą patrzeć władzy na ręce, zaś strona rządowa, że reforma wróci w innej wersji.
W ubiegłym tygodniu posłowie mieli zająć się rządowym projektem ustawy o Państwowej Inspekcji Bezpieczeństwa Żywności. Zmiany zaproponowane przez Ministerstwo Rolnictwa i
Rozwoju Wsi wywołały falę krytyki nie tylko ze strony Głównego Inspektora Sanitarnego, ale także członków Sekcji Krajowej Pracowników Stacji Sanitarno-Epidemiologicznych „S”
i konsumentów.
– Na chwilę odetchnęliśmy z ulgą. Ucieszyła nas informacja, że rządowy projekt ustawy o PIBŻ został wycofany z obrad Sejmu. Jest to nasz sukces. Nie mam wątpliwości, że
krytyka ze strony Solidarności, prowadzone rozmowy oraz podjęte przez nas akcje protestacyjne przyczyniły się do zmiany decyzji rządzących – mówi w rozmowie z „TS” Dorota
Walczak, przewodnicząca Sekcji Krajowej Pracowników Stacji Sanitarno-Epidemiologicznych „S”.
Od początku związkowcy z sanepidowskiej Solidarności podkreślali, że powołanie nowej ministerialnej instytucji i przekazanie jej kompetencji należących do Sanepidu, jest
fatalnym rozwiązaniem. – Pracownicy Stacji Sanitarno-Epidemiologicznych nie reprezentują żadnej ze stron. Naszym interesem jest dobro konsumentów, czyli nas wszystkich.
Jeśli kompetencje do badania żywności miałaby inspekcja powiązana z producentami, to nie mielibyśmy żadnej pewności, że wszelkie nieprawidłowości zostałyby wykryte – zauważa
Walczak.
Jako przykład wymienia sprawę mrożonek. – Dzięki rzetelności przeprowadzonych przez nas badań udało się wykryć, że mrożonki pewnej firmy posiadają ogromną ilość pestycydów.
Producent wpuścił te produkty na rynek. Ta sprawa pokazuje, że tylko niezależna inspekcja i przeprowadzane przez nią badania, dają gwarancję konsumentom, że kupują zdrową
żywność – wskazuje szefowa sanepidowskiej „S”.
Cały artykuł w najnowszym numerze "TS" (29/2017) do kupienia w wersji cyfrowej tutaj.