Zarząd Regionu Toruńsko-Włocławskiego NSZZ "Solidarność", ul. Piekary 35/39, 87-100 Toruń
tel. 56 622 41 52, 56 622 45 75, e-mail: torun@solidarnosc.org.pl

Tajemniczy pałac, zagadka i Solidarność

wtorek, 17 Lipiec, 2018

Planując letnie wypady, koniecznie weźcie pod uwagę pewne przyjazne nam miejsce – Pałac w Kobylnikach. Znajduje się w odległości ok. 2 km od Kruszwicy i jest dość dobrze znany członkom związku w naszym Regionie. Został wzniesiony w 1900 roku przez rodzinę Wilamowitz- Moellendorf, a obecnym troskliwym właścicielem jest Spółka KOM-ROL Kobylniki, gdzie mamy komisję zakładową NSZZ „Solidarność” (stąd wywodzi się obecny szef Sekretariatu Rolnictwa KK NSZZ”S: i nasz delegat Dariusz Łącki), zaś prezes Spółki – Pan Leszek Dereziński nie odmawia udostępniania wnętrz pałacu na spotkania związku, stąd wielokrotnie odbywały się w jego wnętrzach rozmaite konferencje, spotkania, szkolenia itp.

Kiedy w roku 1900 landrat (starosta) inowrocławski Hugo Fryderyk Wilhelm von Moellendorf wybudował kobylnicki pałac, wówczas otoczył go rozległym parkiem z przyległymi, malowniczymi gajami, łąkami, stawami. Do dziś pozostał jedynie spory kawał owego parku, pieczołowicie pielęgnowany przez pracowników KOM-ROLU, jednak gdy ktoś uważny, wyposażony w zmysł wrażliwej obserwacji przejdzie się wokoło, to z całą pewnością odkryje relikty dawnej kompozycji, nawet w dość dużej odległości od samej budowli. Zdobiące krajobraz potężne drzewa, ewidentnie posadzone z woli człowieka, nie zaś z przypadku czy radosnego, witalnego chaosu przyrody dają wyobrażenie o skali dawnego przedsięwzięcia, szacowanego na kilkanaście hektarów. Do dziś tu spotkać można stare dęby, buku, lipy, a nawet pojedyncze okazy egzotycznych krzewów.

Możliwe, że to wszystko powstało jeszcze z inspiracji żony Arnolda von Wilamowitza- Moellendorfa – Ulryki von Calbo (1820- 1874) słynnej z nieprawdopodobnej wrażliwości na piękno i proporcje, założycielki prywatnego, protestanckiego cmentarza rodziny w niedalekim Gaju Wymysłowickim (szczątkowo przetrwał do dziś, lecz nawet z resztek można odczytać nieprzeciętną myśl kompozycji)

Pałac był rodzynkiem w tym cieście estetyki.

Choć zbudowany bez klasycznie wyraźnych cech stylowych, w manierze neorenesansu, to łatwo dostrzec w nim konsekwencję i zdecydowanie architektoniczne. Duża zasługa w tym licowej cegły, z której wykonana jest całość, oraz przepięknych, nieraz wręcz misternych detali z kutego żelaza, zdradzających zarówno indywidualizm zamawiającego (Moellendorfa), jak i mistrzostwo nieustalonego mistrza kowalskiego.

Za każdym razem, gdy tam jestem owe detale balustrad, krat, okuć wprawiają mnie w podziw, tym bardziej, że zawsze odkrywam coś nowego. Podobnie zresztą jest w środku. Wnętrza pałacu są przebudowane tylko w niewielkim stopniu. Rzecz jasna burzliwe dzieje spowodowały, iż nie zachował się oryginalny ich wystrój, wyposażenie, jednak i tu widać troskę pracowników Spółki KOM-ROL o utrzymanie klimatu rezydencjonalnego, połączenie coraz bardziej uporządkowanej elegancji z funkcjonalnością (hotel). Wielki holl, którego atmosferę buduje panujący niemal półmrok i spore oryginalne obrazy z epoki – wygodnie rozprowadza do przestronnych sal. Wrażenie robi zwłaszcza jadalnia, do której drzwi można rozsunąć niemal na całą jej szerokość. Światło wielkiego okna zamykającego wydłużony prostokąt pomieszczenia podkreśla fakturę drewnianych kasetonów sufitu i ścian ozdobionych olbrzymimi współczesnymi obrazami zastygłymi we wspólnych ramach, tworzącymi de facto art.-boazerię… Lecz wtajemniczeni wiedzą, że nie tu jest skarbiec pałacu, a za niepozornymi drzwiami odgradzającymi wejście do stosunkowo niewielkiego pokoju.  

Wszystko, co do tej pory słyszeliście, czytaliście, czy oglądaliście na ilustracjach o oryginalnych gdańskich meblach znajduje się tym pomieszczeniu. Jest absolutnie niepowtarzalny. Na każdym jego detalu – podobnie jak na krzesłach, stole, ławie, komodzie – znać delikatne muśnięcia dłuta rzeźbiarza- mistrza artysty, kompozytora reliefów, który z każdego szczegółu, niczym z nut ułożył dzieło przywodzące na myśl muzyczne koncepcje samego Wagnera gdzie siatka motywów przewodnich, symbolizuje postaci utworu, idee, uczucia… Zresztą nie przypadkiem przywołuję tu samego wielkiego Wagnera – neoromantyka, wskrzesiciela mitów germańskich, bo gotów jestem się założyć, iż dynamiczna rzeźba centralnej, płaskiej nadstawy mebla jest ilustracją jednego z mitów spopularyzowanych w jego operach…

Każde krzesło w tym pokoju, choć na pierwszy rzut oka podobne, jest osobnym dziełem sztuki. Masywne podłokietniki ławy wieńczą realistyczne lwie głowy. Takie same, lecz różne w skali wystają z gzymsów kredensu, komody… i wtedy przypominasz sobie o tych dwóch wspaniałych lwich posągach strzegących wejścia przy frontowym ryzalicie. Niemal naturalnej wielkości bestie leżą leniwie rozparte na swych cokołach, w beznamiętnym geście unosząc łby. 

Mamy zatem do czynienia z pewną konsekwencją, bo według zapewnień meble z tego pokoju są reliktem dawnego wyposażenia pałacu. Wygląda więc na to, że lwia menażeria kobylnickiego pałacu nie jest dziełem przypadku, czczą ozdobą, czy efektem bezideowego gustu, zwłaszcza w zestawieniu z tym, co wiemy o Moellendorfach. To świadome wykorzystanie symboliki lwa. Jest on symbolem o wyjątkowym statusie. Postaciom i miejscom dodaje splendoru, prezentuje ich siłę i męstwo (spotykany w herbach, pieczęciach kujawskich książąt) , podkreśla wyjątkowe dokonania, jest strażnikiem miru, zaś jako godło heraldyczne wyrażał podmiotowość prawną w feudalnym społeczeństwie. Pełno go w Ewangelii. Mój ulubiony św. Jan w Apokalipsie pisze tak (5,5) …”I mówi do mnie jeden ze Starców: Przestań płakać: Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy, Odrośl Dawida, tak, że otworzy księgę i siedem jej pieczęci”. 

Czyż można się dziwić, że wszedł także do symboliki masońskiej i to nie tej prostej (kielnia, węgielnica itp.), a zawoalowanej?

Lecz wrażliwy obserwator siedzący w owym kobylnickim gabinecie, podziwiający zgrabne snycerskie cuda lwich łbów musi w pewnym momencie poczuć na sobie coś jeszcze – wpatrujące się w niego kilka par oczu postaci przybyłej tu z mroków historii, pogańskich mitów, kaplic templariuszy, gotyckiej symboliki… 

Jej zastygłe oblicze, na pierwszy rzut oka niewidoczne spośród fantazyjnych roślinnych splotów spogląda z rzeźbionych oparć krzeseł, swą florystyczną czupryną niejako podtrzymuje i prezentuje herb miejski (na każdym inny), a w zwieńczeniu dając podstawę dwóm lwom wspartym o tarcze herbowe z wyrytą literą (na każdym inną).

Owa postać to nie wymysł fantazji rzeźbiarza, to najczystsze przedstawienie jednego z najstarszych, najbardziej tajemniczych symboli, wobec którego nie ma pewności, czy jego znaczenie do końca dziś prawidłowo odczytujemy. Jest to tak zwany „Zielony Człowiek”! To wizualna personifikacja sił witalnych przyrody, czczonych przez człowieka jeszcze w mrokach dziejów (celtycki bóg Cernunnos), a przejęta z owej mitologii pogańskiej przez gotyckich mistrzów, w kontekście po dziś dzień nie do końca jasnym. Najbardziej znane jego przedstawienia spotkać możemy w dawnych świątyniach wzniesionych przez Templariuszy. Najsłynniejsze pochodzą ze szkockiego kościoła Templariuszy w Rosslyn (rozsławionego dzięki książce „Kod Leonarda da Vinci” D. Browna). Jest ich tam ponad 200! Jednak i w Polsce możemy je spotkać. Idąc do malborskiej zamkowej kaplicy św. Anny (tam gdzie m.in. spoczywa wzór średniowiecznego rycerza – komtur Brodnicy, a potem wielki mistrz Zakonu Krzyżackiego Henryk Dusemer von Affberg), możemy dostrzec przed wejściem od strony fosy, tuż nad portalem, u zwieńczenia łuków twarz otoczoną liśćmi dębu! Nad wejściem od strony cmentarza ujrzycie podobny wizerunek, tyle, że dębowy wieniec obrodził już owocami. Z autopsji wiem o co najmniej kilku pomorskich gotyckich świątyniach mających na zwornikach wyobrażenie Zielonego Człowieka.

Zatem owo tajemnicze oblicze ma swoją ponadnarodową tradycję, przenoszoną też dzięki gildiom (zrzeszeniom zawodowym) wolnych mularzy, czyli wysoko specjalizowanych budowniczych przekazujących swoje tajemnice zawodowe tylko odpowiednio przygotowanym, wybranym uczniom (jedna z nich – Companions istnieje do dziś w niemal nie zmienionej od średniowiecza formule i jej ludzie wznoszą obiekty według starych wzorów, zasad, a często i technologii; uczestniczyli w odbudowie gniewskiego zamku)

Organizacje masońskie uważające się przecież za spadkobierców samego Hirama (budowniczego pierwszej Świątyni Jerozolimskiej), gildii wolnych mularzy i dziedziców wszystkich tajemnic świata oczywiście zaadoptowały dla siebie legendę Zielonego Człowieka. Lecz skąd w kobylnickim pałacu znalazł się jego wizerunek?

Odpowiedź jest dość prosta – pałac w Kobylnikach był jedną z siedzib loży masońskiej Frimaeurloge zum Licht im Osten do której na przełomie wieków XIX i XX należeli najbogatsi właściciele ziemscy okolic Inowrocławia, zaś Hugo Wilamowitz-Moellendorff (1840-1905), landrat inowrocławski, naczelny prezes prowincji poznańskiej, właściciel klucza dóbr Kobylniki, wystawca pałacu z całą pewnością do nich się zaliczał.

Jeden ze starszych pracowników spółki Kom-Rol opowiadał mi, iż z kolei jemu opowiadano, że kiedy po wojnie przejmowano pałac, chcąc go zaadoptować na potrzeby PGR-u, to część ludzi z pewnym przestrachem wchodziła do sporej sali na piętrze, ponieważ ta miała ściany obite jakimś ciemnym materiałem, zaś na tle niemal czarnego sufitu widniały wymalowane konstelacje gwiezdne…

Na przełomie wieków XIX i XX Inowrocław był silnym ośrodkiem masońskim. Aby nie przeciągać tego tematu, dość powiedzieć, że np. 6 marca 1921 roku w gmachu loży masońskiej przy ul. Solankowej odbyło się nadzwyczajne zebranie polskich wolnomularzy, na którym dr Wilhelm Warschauer z Inowrocławia wybrany został zastępcą Wielkiego Mistrza…

Wróćmy jednak do Zielonego Człowieka. Obchodząc pałac wokół nie sposób nie zwrócić uwagi na niezwykłej urody kute w żelazie balustrady, kraty, detale. Przy uważniejszym spojrzeniu, dostrzeżemy, że centralny ośrodek, z którego niemal na każdym przęśle wychodzą wszystkie arabeskowe sploty stanowi wyobrażenie ludzkiej twarzy, takiej jak ta na oparciach krzeseł Tak więc – jak widać – tajemnicza, przedwieczna personifikacja witalnych sił przyrody strzeże do dziś kobylnickiego pałacu.

Jest w tym obiekcie jeszcze co najmniej kilka swoistych rebusów: architektonicznych i symbolicznych, lecz nade wszystko szacunek oraz podziw należy się obecnym właścicielom za troskę o pałac, za to, że nie podzielił losu setek podobnych budowli, które przejęte po wojnie przez PGRy poszły w ruinę lub zostały rozkradzione.

Niemiecka przeszłość nie ma tu nic do rzeczy, a zresztą trzeba wiedzieć, iż bodaj najsłynniejszy z Wilamowitz-Moellendorfów – Ulryk (światowej sławy filolog klasyczny, ur. 22 grudnia 1848 r., zm. 25 września 1931 r) sam siebie nazywał Origine Cujavus! Od 1910 roku był członkiem Polskiej Akademii Umiejętności. Jego prochy spoczywają na pobliskim cmentarzu w Markowicach, gdzie świadomie chciał być pochowany, mimo, że od 1919 roku te ziemie należały już do Polski!

Odwiedźcie ten pałac (jest w nim hotel), zwłaszcza teraz- latem, gdy wspaniała przyroda rozbudzi w starych, dostojnych drzewach niebywałą feerię odcieni zieloności, otaczającej pałac pysznymi kłębami liści. A gdy wieczorem będziecie wracać znad pobliskiego Gopła może z delikatnego szumu wiatru muskającego park wyłowicie dawne opowieści o czasach i ludziach. Pamiętajcie jednak o szacunku dla miejsca, by nawet jedna gałązka za waszą przyczyną nie spadła, bo Zielony Człowiek nigdy nie zamyka oczu…

Piotr Grążawski