strona główna

 

informacje

archiwum informacji

Solidarność Wielkopolska

uroczystości

 

władze regionalne

 

dokumenty

Walne Zebranie Delegatów

 

biura ZR

dział organizacyjny

dział rozwoju związku

dział szkoleń

dział informacji

bkn

radcy prawni

 

struktury terenowe

 

sekcje

 

galeria

 

w sprzedaży

 

kontakt

 

linki

 

 

 

 

 

U Kubiaków na Powstańczej

Mecenas Feliks Kubiak był pierwszym radcą prawnym Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ w Poznaniu. Jego syn Jacek działał w Studenckim Komitecie Solidarności. Obu opozycjonistów – męża i syna - zarówno przed jak i w czasie gorących sierpniowych dni wspierała ofiarnie wspierała Sabina Kubiak.

 

Małym fiatem do Gdańska

– wspomina Jacek Kubiak

Poznań był dość długo, bo aż do 28 sierpnia dosyć niemrawy. Twierdzenie, że nic się nie działo, jest chyba za mocne, gdyż „czasowe przerwy w pracy” (jak wtedy nazywano strajki) miały miejsce w Maszynach Żniwnych, w Cegielskim, MPK, protestowały niektóre brygady w kombinatach budowlanych na Ratajach. Pracownicy formułowali własne postulaty ekonomiczne. Jednak szczególnie w porównaniu z Trójmiastem wypadaliśmy blado.

 

Zależało nam bardzo, aby z Poznania wyszedł sygnał, że bardzo się solidaryzujemy z walką rozpoczętą w Gdańsku, a jeszcze wcześniej w Lublinie. I dlatego w środowisku SKS zaczęliśmy zbierać pieniądze i podpisy pod listem popierającym stoczniowców, aby zawieźć je do Gdańska. Traktowaliśmy to jak misję i byliśmy tym bardzo przejęci. Podpisy zbierali m.in.: Stanisław Barańczak, Ryszard Krynicki, Włodzimierz Filipek, mój ojciec Feliks Kubiak.

 

22 sierpnia pojechaliśmy z Leszkiem Dymarskim na Wybrzeże. Bez najmniejszych problemów weszliśmy do słynnej hali bhp i jakież było nasze zdziwienie, gdy usłyszeliśmy, że tam właściwie bez przerwy czytane są podziękowania dla kolejnych zakładów popierających postulaty strajkowe. Ten nasz czyn, jakkolwiek bardzo ważny, okazał się jednym z wielu, które wówczas działy się Polsce.

 

Rzeczą uderzającą był spokój i poczucie wolności panujące w Stoczni i w całym Gdańsku. Miałem wrażenie, że znalazłem się w innym kraju, w innej Polsce, że odbyłem jakąś podróż w czasie. Chodziło mi oczywiście po głowie, że dożyję czasów, gdy w Polsce będzie wolność, ale nie sądziłem, że wystarczy pojechać do Gdańska małym fiatem...

 

Byliśmy tam jeden dzień, przywieźliśmy do Poznania trochę wydawnictw strajkowych. Pojechaliśmy ponownie w niedzielę 31 sierpnia, ale niestety nie byliśmy świadkami podpisania porozumienia; zobaczyliśmy tylko jak Lech Wałęsa na bramie Stoczni mówił, że mamy wolne związki zawodowe, a na resztę przyjdzie czas później.

 

Po powrocie już bez obaw wyjęliśmy z ukrycia powielacz i drukowaliśmy materiały informacyjne i deklaracje wstąpienia do Związku. Pamiętam pierwszą ulotkę drukowaną na zielono (bo mieliśmy tylko taką farbę), w której pisałem, że oto zaczęła się w Polsce rewolucja moralna.

 

We wrześniu lawina ruszyła. Informacje i materiały z Gdańska przychodziły różnymi drogami. Trudno to opisać, bo liczba narastających kontaktów i zdarzeń była ogromna.
Przez cały wrzesień siedziba MKZ mieściła się w mieszkaniu moich rodziców na ul. Powstańczej 3. Tu był całodobowy punkt informacyjny, tu drukowaliśmy ulotki, wydawaliśmy deklaracje....

 

Sekretariat w kuchni, drukarnia w łazience

- opowiada Sabina Kubiak

Wokół naszego mieszkania przy ul. Powstańczej 3 od dawna była gorąca atmosfera. Służba bezpieczeństwa „opiekowała się” nami starannie, obserwowano kto przychodzi i kto wychodzi. Sąsiedzi wiele razy informowali nas, że smutni panowie stoją na naszej lub sąsiednich klatkach schodowych. U szczytu bloku często stał zaparkowany samochód obserwacyjny.

 

Byliśmy inwigilowani przede wszystkim ze względu na działalność syna w SKS, u nas odbywały się m.in. spotkania Tajnych Kursów Naukowych, na które przychodziło po kilkadziesiąt osób. Nachodziła nas milicja i SB, były rewizje. Udzielanie na ten cel mieszkania mogło grozić represjami. Jednak mąż, który był prawnikiem, odwoływał się do przepisów (także prawa międzynarodowego), które zezwalały na różnorakie formy stowarzyszania się, w tym na zakładanie wolnych związków zawodowych. Raz nawet wydał „wizytującym” nas milicjantom pisemne oświadczenie, że w naszym mieszkaniu nie odbywają się żadne zakazane, nielegalne zebrania. Zachowywał się tak, jakby go to, co robią esbecy, nic nie obchodziło. Przeżyliśmy 13 rewizji i gdyby nie jego flegma, to ja bym umarła ze strachu.

 

Gdy wybuchły strajki i powstawała „Solidarność”, różne grupy szukały miejsca, gdzie można by się spotykać. Mąż „na pokojach” udzielał instrukcji, ja dyżurowałam przy telefonie, próbowałam - w kuchni - prowadzić coś w rodzaju sekretariatu oraz rejestrować nowo powstające komitety założycielskie. W łazience pracowała drukarnia. W całym mieszkaniu zawsze było pełno rozentuzjazmowanych, ciągle bardzo zajętych ludzi. Pracowaliśmy od świtu do nocy - to była piękna, niepowtarzalna atmosfera.

 

*

MKZ korzystał z gościny Państwa Kubiaków do końca września 1980 r. Później siedziba związku przeniosła się na ul. Długosza 18a, a następnie na ul. Zwierzyniecką 15.

 

Barbara Napieralska

 

Tekst ukazał się w "Solidarności Wielkopolskiej" nr 876/2005 w 25 rocznicę powstania "Solidarności"

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  aktualności - galeria - kontakt