Pani Minister
Pisząc wspomnienie o zmarłej 24 stycznia br. dr Annie Radziwiłł wiem, że jak ognia przestrzegałaby przed zbytnim patosem. A jednak żal, chciałoby się westchnąć za Bułatem Okudżawą.
Znałem ją wcześniej z różnych przekazów, jaką osobę związaną od 1980 roku z „Solidarnością” oświatową. Miałem okazję współpracować praktycznie na co dzień w latach 1997 – 2001, gdy tworzyliśmy projekty, czuwaliśmy nad procesem wdrażania reformy edukacyjnej.
O tym czasie w opublikowanej w 2004 roku książce: „Rzecz o reformie edukacji, czyli w to Polska właśnie”, pisałem: „Chciałbym zwrócić uwagę na niezwykle ważną rolę, jaką w pracach nad reformą odegrała dr Anna Radziwiłł. Była wiceminister edukacji, jeden z głównych autorów ustawy o systemie oświaty z 1990 roku, była senator i dyrektor szkoły, doradca ministra. Moja matka była zauroczona jej wypowiedziami medialnymi. Nazywana żartobliwie przez ministra Mirosława Handke „Czerwoną Księżną” (ponoć to lewicujące skrzydło Radziwiłłów), namiętny palacz (każdy ma swoje słabostki), już mniej zapalona brydżystka, pani Anna pozostawała ogromnym wsparciem. Jakby chciała dokończyć dzieła reformy, która rodziła się na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Nie bez znaczenia był tu fakt, że po prostu bardzo się polubiliśmy i wspieraliśmy w różnych chwilach, co było dla mnie honorem i zaszczytem. Ileż czasu poświęcała na przygotowywanie z dyrektor Joanną Rozwadowską odpowiednich zapisów prawnych, ile czasu spędzała w komisjach sejmowych. Swoją wiedzą, doświadczeniem zdobyła niekłamany szacunek także u parlamentarzystów opozycyjnych, dlatego jej łatwiej było przekonać ich do swoich racji, szukać rozwiązań kompromisowych. Kiedyś napisałem, że to najbardziej oddana Polsce krew Radziwiłłów. I nie zmieniam zdania. Cóż to byłby za kraj, gdyby było dużo więcej takich ludzi. I nie trzeba by go było ciągle – i to co kadencja inaczej – reformować”.
Cóż dodać do tej refleksji?
Jest żal, że już nie będzie telefonów – naszych dłuższych rozmów o stanie polskiej edukacji. Miała Pani Minister, bo tak zawsze się do nie zwracałem – i to nie tylko ja, jakąś ogromną wiarę w polskich nauczycieli, że nawet przy pewnej nadaktywności ministerialnej (albo zaniechaniach), przy niedofinansowaniu szkół i płac, nauczyciele mają w sobie ten jedyny w swoim rodzaju ton, który nie pozwala im stać biernie, gdy są otoczeni wianuszkiem uczniów. Aktywnie współtworząc różne akty prawne, od niezwykłej jak na początek w pełni suwerennej Rzeczpospolitej - ustawy o systemie oświaty z września 1990 roku, zdawała sobie sprawę, że nie da się skodyfikować tego, co jest tajemnicą spotkania nauczyciela i ucznia. Szkoła to przede wszystkim LUDZIE – zdawała się nam wpajać. Bez takiego podmiotowego widzenia ucznia, rodziców, nauczycieli, bez szacunku i pamięci, pozostają tylko mury, szkoła bez duszy.
Taka też była w swojej praktyce pedagogicznej, ministerialnej. Bezpośrednia, z odrobiną ironii, ale i cierpkich czasami wskazań. Już sam sposób mówienia, cichy głos przekazujący w sposób niezwykle precyzyjny i przekonujący omawiane kwestie, był niezwykłym atutem Pani Minister, jej niekłamanej charyzmy.
Była też osobą niezwykle skromną. Można powiedzieć, że była zaprzeczeniem wpajanego nam w PRL-u stereotypu polskiego arystokraty. Była bowiem arystokratą ducha, wciąż apelująca o DŁUGOMYŚLENIE w sprawach edukacji, czy Polski. Gdybym miał wskazać jakieś motto życia Pani Minister, od razu nasuwa się scena z „Pana Tadeusza” i słynne słowa Jacka Soplicy – PRO PUBLICO BONO, czyli „Dla dobra publicznego”.
I zawsze żal, gdy tacy ludzie odchodzą. Żal tym bardziej wtedy, gdy nie za bardzo potrafimy sobie poradzić z płynącym z takich spotkań – zobowiązaniem. Ale trzeba próbować, trzeba przenosić dalej pozostawione świadectwo.
Wojciech Książek
(Przewodniczący „Solidarności’’ oświatowej Regionu Gdańskiego,
wiceminister edukacji w latach 1997 – 2001)