Tekst roboczy – z prośbą o uwagi
(cz. I: 20 września 2011 r.)
Obserwując wydarzenia w edukacji, w tym dosyć szczególny wyścig przedwyborczy, postanowiłem napisać tekst o tym, co dzieje się w szkołach, wśród ludzi oświaty. Dotyczyć on będzie w części także osoby Katarzyny Hall, która od prawie czterech lat jest Ministrem Edukacji Narodowej, a obecnie kandyduje do Sejmu z tzw. okręgu gdańsko-kociewskiego (3 pozycja na liście PO). Podejmuję to wyzwanie, mimo że dotąd starałem się unikać oceny bezpośrednio osoby, z którą kiedyś współpracowałem w ramach Regionalnego Forum Edukacyjnego na Pomorzu, w ramach Rady Konsultacyjnej przy Ministrze Edukacji Narodowej. I chociaż od początku wyczuwało się, że nie nadajemy do końca na tych samych, edukacyjnych falach, a także że nie do końca akceptuję taki belferski ton i próby zagadywania sytuacji, współpraca układała się poprawnie. Poza tym chyba wolę oceniać innych tylko przez owoce ich pracy. Ludzi musi obowiązywać zasada dyskrecji oraz jakiegoś dodatkowego taktu wobec kobiet. Tak mnie wychowano.
Zbyt wiele jednak widać ciemnych chmur nad edukacją, aby unikać podejmowania także niewygodnych etycznie tematów.
1.
Bezpośrednią inspiracją tego zapisu był widok Pani Minister na czterech spotkaniach w ciągu kilku dni, podczas narad dyrektorów szkół województwa pomorskiego przed tegorocznym rokiem szkolnym. W sumie było ich sześć, ale tam, gdzie nie sięga okręg wyborczy, z którego kandyduje do Sejmu Pani K. Hall, czyli Kościerzyna, Miastko, już Pani Minister nie było, bo ten klucz aktywności K. Hall na Pomorzu obejmuje tylko część wschodnią województwa – od Gdańsku, Sopotu w kierunku na Kociewie, Żuławy i tereny przywiślane.
2.
Że tak się dzieje, zaczęło być wiadomo już przed wakacjami, gdy do Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” Regionu Gdańskiego zaczęli telefonować przewodniczący lokalnych struktur „S”, sygnalizując obecność Pani Minister na zwoływanych najczęściej ad hoc spotkaniach z nauczycielami, samorządowcami – a to w Kwidzynie, Zblewie, Tczewie. Nie inaczej zaczęło się dziać w mateczniku Pani Minister, czyli w Gdańsku.
3. (kiedy zaczyna się w Polsce i na Pomorzu rok szkolny)
Jakimś apogeum tej doraźności okazał się 1 września - początek roku szkolnego. Już ze dwa tygodnie wcześniej wiedzieliśmy, że tego dnia będzie miejska uroczystość otwarcia roku w Sopocie. Tymczasem na chyba 3 dni przed 1 września ktoś gdzieś podjął decyzję, że w Sopocie będzie inauguracja… ogólnopolska z udziałem Pani Minister, a potem jeszcze ma być na jakichś otwarciach w Gdańsku. Ot tak, na pstryk palca, jak w półprywatnym folwarku, czy marnej szkole prywatnej. Dopełnieniem tych absurdów był w tym roku fakt, iż wojewódzką inauguracje roku szkolnego na Pomorzu zaplanowano na... 2 września w Człuchowie (inny okręg wyborczy). Czyli dla dzieci i młodzieży oznaczało to wakacje o dzień dłużej – bez oglądania się na tradycję nakazującą rozpoczynanie roku szkolnego od dnia wybuchu II wojny światowej (były w PRL-u plany zmiany tej daty, ale nie poważono się na zmianę tej narodowej zasady).
4.
Mam za sobą czteroletnie ministrowanie w czasie rządów Jerzego Buzka. Różne były sytuacje, też jeździliśmy po Polsce, promowaliśmy pomysły reformy, też kandydowaliśmy, ale takich doraźnych posunięć nie było. Wydawało się, że naszą wizytówką jest to, co robiliśmy w czasie kadencji, niech z tego nas się rozliczy. Może się mylę, ale wydaje mi się, że był to ostatni, trochę romantyczny rząd, gdzie nadrzędną byłą zasada dobra wspólnego, dbałości o naród, o Polskę i polskość, o wychowanie patriotyczne w szkołach. A także o zwyczajny dialog z ludźmi. Potem zaczęły się większe i mniejsze gry.
5. (milczenie ludzi oświaty)
Z opisu tych faktów pojawia się już kilka wniosków. Jednym z nich jest przygnębiające milczenie wszystkich, którym swoją wolę narzuca minister K. Hall (lub sztabowcy-otoczenie). Bo przecież żaden z samorządów nie powiedział „nie” tym doraźnym zmianom, podobnie żaden z dyrektorów czy pracowników kuratorium, którzy chyba traktowani są jednak dosyć instrumentalnie. Jedni boją się o pracę, drudzy z kalkulacji a to o środki subwencyjne, a to o ułatwiony dostęp do grantów unijnych (z władzą lepiej nie zadzierać), trzeci, bo trzeba się wspierać po linii partyjnej (na Pomorzu sporo samorządów jest związanych z PO), czwarci z ciekawości, bo to przecież odwiedził nas minister i to edukacji. Szepcze się co najwyżej półgębkiem – po kątach, oficjalnie zaś obowiązuje przysłowiowy model: klapa, buzia, rąsia.
6.
Skąd ta determinacja min. K. Hall? Oczywiście, jak się startuje, to chce się wygrać, czyli zostać posłem. Myślę, że gra toczy się o coś więcej. I mniej tu chodzi o to, że działania MEN niezbyt popiera premier Donald Tusk, o czym piszą media. Dobry wynik wyborczy min. Hall (i PO, żeby formować koalicję rządową), to szansa na reelekcję i… okazja do wdrożenia kolejnego sztandarowego projektu MEN, zawartego umownie w haśle: zlikwidować kuratoria. Ten projekt został wstrzymany (wyjęto tylko część dotyczącą szkolnictwa zawodowego) i czeka. Nadzorem jakości edukacji mają zajmować się pozarządowe agencje. Czyli prywatyzacja oświaty miałaby postępować i w tym obszarze. Tak wiec determinacja Katarzyny Hall ma i to drugie dno, bardziej kontrowersyjne dla środowiska oświatowego. Warto mieć tego świadomość w dniu wyborów. A w kolejce czekają przymiarki dla daleko idących zmian statusu zawodowego nauczycieli, gdzie Karta Nauczyciela może pozostać co najwyżej jakimś aktem strzelistym.
7. (słucha, ale nie słyszy)
Czasami trochę zżymałem się na narastającą, negatywną ocenę działań MEN w środowisku ludzi „S”. Widzę jednak, iż tu nie chodzi o takie najprostsze „nie bo nie”. Środowisko solidarnościowe wyczuwa poważne zagrożenia dla polskiej edukacji, których nie przysłonią podwyżki, czy takie zagadywanie sytuacji, gdy i tak robi się swoje.
Owe dwa najpoważniejsze zagrożenia, to jednak brutalna zmiana statusu polskiej szkoły i treści nauczania, a w niej pozycji nauczyciela. Trzeba się zgodzić z opinią Piotra Zaremby, iż szkoła staje się zakładem usługowym, realizującym oczekiwania rodziców i ich pociech (UWAŻAM RZE 30/2011). Tu już nie ma długofalowej polityki państwa, dbałości o integralny wymiar polskiej edukacji. Liczą się przede wszystkim oczekiwania (różne) rodziców. A jak nie, to na bruk. Inni, przy tak potężnym bezrobociu absolwentów wyższych uczelni, czekają na miejsce tych niepokornych nauczycieli czy dyrektorów.
Drugie to brak dialogu. Jakimś ujęciem tego problemu są słowa: MEN jak nawet słucha, to nie SŁYSZY. Tego nie przysłonią, półuśmiechy, rozgrywanie środowiska ludzi oświaty przez bilateralne kontakty MEN z władzami ZNP (jakimś apogeum tej sytuacji było ich spotkanie z Premierem 31 sierpnia 2009 roku i to w Gdańsku, gdzie równolegle odbywały się obchody rocznicy Sierpnia). Dla premiera Donalda Tuska, dla minister Katarzyny Hall, dla prezesa Sławomira Broniarza, tamto było ważniejsze. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że dla wielu liczą się głównie bieżące gry: kto, kogo.
8. (nauczanie historii)
Niezwykle trudna w tej rzeczywistości różnych klakierów, interesów, gier, stała się rola „S”. Środowisko ludzi oświaty, głównie związane z „S”, wyczuwa, iż ta systemowa zmiana dotyczy sylwetki absolwenta polskiej szkoły. Od początku alarmowaliśmy, gdy 23 grudnia 2008 roku minister K. Hall podpisywała nowe podstawy programowe, że to bubel, że uderzy między innymi w nauczanie historii, w wychowanie patriotyczne. Głos zabrało też środowisko naukowe, ale cicho, może poza niezwykle konsekwentnym prof. Andrzejem Nowakiem. Systematyczny kurs historii skończy młodzież po I klasie LO, czyli praktycznie dzieci szesnastoletnie (bo obniża się też wiek szkolny). Potem mają być moduły. To nieprawdopodobne, że p. Hall, członkini Partii Konserwatywnej (przynajmniej była w niej kiedyś) zgodziła się na takie rozwiązania. Tym minimum powinno być zaproszenie ludzi różnych środowisk, wspólne zastanowienie się, jak sprawę rozwiązać. A tu bierze się na przysłowiowe przetrzymanie i robi swoje.
9. (nauczyciel jako płatny najemnik)
Kiedy na bilbordzie wyborczym min. K. Hall zobaczyłem słowa: WIEM, CO ROBIĘ, z trudem, ale musiałem się z tym zgodzić. To nie są działania podejmowane ad hoc. Ich przykładem są działania na rzecz zmiany pozycji nauczyciela w polskiej szkole. On już mniej ma być przewodnikiem i mistrzem dla uczniów (czasami nawet owym rodzicem szkolnym), bardziej zaś najemnikiem do wykonania takich a nie innych zadań. Ma siedzieć na zespołach dla uczniów o specjalnych potrzebach edukacyjnych, wypełniać papiery. Podobnie z dwoma, obowiązkowymi godzinami niepłatnymi – kuriozum w europejskim prawie pracy.
10. (sześciolatki w szkole)
To, że z dialogiem jest źle, pokazuje sprawa wdrażania sześciolatków mających pójść do szkół. Przyznam się, że nigdy nie byłem zwolennikiem tego pomysłu – opowiadałem się za upowszechnianiem dobrowolnych decyzji rodziców, że ich pociechy pójdą wcześniej do szkół. Jeżeli już, to myślałem, że w ten sposób można dołożyć rok do liceów (ew. gimnazjów), aby szkoły te miały więcej czasu na dobre przygotowanie do matury, studiowania, czy zawodu. Mimo protestów „S”, działań, których znakiem firmowym była inicjatywa obywatelska firmowana przez państwa Elbanowskich, decyzji nie zmieniono. A z badań NIK wynika, że na ok. 14 tys. szkół podstawowych, w ok. 6 tys. nie dokonano żądnych zmian adaptacyjnych. Czy ktoś się tym przejmuje?
11. (wychowanie prorodzinne)
I tak uderza się w bardzo silne elementy polskiej tradycji – nie tylko edukacyjnej. Ich filarem było wychowanie rodzinne małych dzieci – w tym częsta opieka przez dziadków. Uderza się w rodziny, bo przecież zmiany programowe wymusiły zakup nowych podręczników, wydatki dla rodzin wielodzietnych kwot rzędu 600-800 zł na dziecko rujnują budżety domowe. Kroplą w morzu potrzeb jest wyprawka szkolna (tylko dla dzieci z klas I-III SP i III gimnazjum, przy bardzo niskim progu zarobkowym uprawniającym do jej pobierania). Całe to gadanie o polityce prorodzinnej jest... gadaniem właśnie.
12.
W swoim myśleniu o edukacji często stawiam trzy pytania zasadnicze:
a. Jaka ma być polska szkoła w XXI wieku?
b. Jaka ma być w niej pozycja nauczyciela?
c. Jaki będzie uczeń (pożądana – także z punktu widzenia państwa – sylwetka absolwenta)?
Każde z tych pytań- problemów jest ważne. Warto mieć świadomość, że dopiero w tym roku ukończył szkoły ponadgimnazjalne pierwszy rocznik uczniów, którzy zaczynali w 1999 roku naukę w zreformowanej szkole podstawowej. Zamiast poczekać na efekty, zbadać ich preferencje edukacyjne, zawodowe, ileż w międzyczasie dokonano zmian? Po co min. Hall werbalnie podkreśla związek z tamtą reformą, gdy szereg działań idzie wbrew (jak nowe podstawy programowe)? Skąd ten pośpiech?
13. (gimnazja – dziecko do bicia)
Przytłacza doraźność obecnych działań. Na przełomie roku min. K. Hall z dumą wskazywała na coraz lepsze wyniki międzynarodowych badań PISA dla uczniów piętnastoletnich. Wszyscy podkreślali (nie udało się przemilczeć, więc i mógł po latach wypowiedzieć się główny autor tamtej zmiany – min. Mirosław Handke), że to efekt przywrócenia trójstopniowego ustroju szkolnego. Nie minęło parę miesięcy, a gdy w programach wyborczych, np. PJN, pojawił się postulat likwidacji gimnazjów, to ci sami ludzie wypowiadają się, że główny powód trudności powrotu do modelu 8 + 4 to… koszty. Chciałoby się zapytać, to jest efekt pozytywny nauki w gimnazjach, czy go nie ma? Czy warto było oddzielić coraz młodsze dzieci (bo niedługo i pięciolatki będą w tzw. zerówkach w szkołach – cześć gmin wiejskich nie stać na odrębne budynki przedszkolne), od uczniów w innej fazie rozwojowej? Trzeba mieć odwagę bronić swoich racji, a nie wszystko traktować instrumentalnie. Trzeba mieć swoją odwagę i dumę, o co tak apelował do nas w 1987 roku na Westerplatte Jan Paweł II. Inaczej wszystko staje się doraźne, jak te nogi z publicznych fotografii… „Życie to nie sprint, a maraton”, chciałoby się przypomnieć.
Wojciech Książek
(Przewodniczący Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” Regionu Gdańskiego,
Wiceminister Edukacji Narodowej w rządzie Jerzego Buzka)
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
Ps. – Jako swoiste memento…
Moja trasa z domu do pracy w Gdańsku wiedzie przez Piaśnicę. Jakąś ilustracją czasu, w którym coraz więcej idei, zasad, wartości wystawia się na sprzedaż, jest powtarzający się obrazek koło Pomnika Ofiar Piaśnicy, gdzie zaraz na początku II wojny światowej Niemcy zamordowali około 12 tys. osób (powtarzam, Niemcy, nie tzw. źli Polacy, bo i takie próby zamiany znaczeń zaczyna się serwować w kraju, który jak żaden inny, przeciwstawił się dwóm obłąkańczym totalitaryzmem europejskim). Przy drodze jest nieduży zjazd postojowy koło pomnika. Jedni zatrzymują się, żeby zobaczyć pomnik, inni żeby się pomodlić, inni…, by kupić grzyby, bo praktycznie na wprost Pomnika ustawia się prowizoryczne stoisko. Jak owa karuzela wielkanocna k. murów Getta w Warszawie. Ludzkie interesiki i handelki… Czy warto więc tak się dziwić różnym zachowaniom kandydatów?
Ciąg dalszy – w pisaniu…






