Dziennik Polski z 12 kwietnia 2011 r. zamieszcza specyficzną relację z manifestacji Solidarności oświatowej, która odbyła się 7 kwietnia w Warszawie. Specyfika dziennikarskiego przekazu polega na tym, że autor (podpisany ANKO) skupia się nieomal całkowicie na incydentach mających marginalny charakter, pomijając istotę sprawy.
Artykuł w znacznej części eksponuje kwestię niektórych haseł (może dyskusyjnych i może nie zawsze rozsądnych), natomiast w niewielkim stopniu odnosi się do postulatów protestujących i w ogóle do sytuacji polskiej oświaty pod rządami pani minister Katarzyny Hall. Ani słowa nie znajdziemy w nim na temat rzeczywistego przebiegu manifestacji, brak też informacji o „przyjęciu” postulatów przez urzędników pani minister. Dowiadujemy się, że ministerstwo, wedle słów rzecznika resortu Grzegorza Żurawskiego, nie zamierza się odnosić do „zachowania nauczycieli”, ale brak informacji, że ministerstwo w ogóle nie chce rozmawiać z nauczycielską Solidarnością.
Cóż, może redaktor(ka) ANKO rzeczywiście wierzy, że do Warszawy zjechała gromada rozwydrzonych wychowawców chcąca ukatrupić biedną panią minister… Trudno. Przywołanie w tym kontekście wybryków młodzieży za czasów ministra Giertycha, nazywanie wyjaśnień przewodniczącego Ryszarda Proksy „skruchą”, podanie kuriozalnej wiadomości jakoby głoszone hasła „oburzyły niemal całe środowisko oświatowe”, nie świadczą najlepiej o obiektywizmie pani(pana) ANKO. Ale zapewne Dziennik Polski ma się dobrze, ANKO również nie najgorzej i trudno mu(jej) zrozumieć desperację i rozczarowanie wyrzucanych na bruk nauczycieli. Argumenty dotyczące poronionego pomysłu obniżania wieku szkolnego, czynienia oświaty wciąż mniej kosztownej kosztem pogorszenia warunków pracy i nauki, eksperymentowania z systemem zarządzania, rosnącej biurokratyzacji i papierkomanii – nie dotrą do opinii publicznej. Dotrze obrazek kukły wyrzucanej do śmieci. (A gdzież na miłość Boską można było ją wyrzucić…)
Zostawmy jednak redaktora(kę) ANKO. Gorzej, że nieoczekiwanie znalazł się sojusznik, chyżo spieszący z krytyką manifestujących związkowców. Prawdziwym głosem sprawiedliwego odezwał się ZNP z samym prezesem Sławomirem Broniarzem na czele. „Prawo do protestu – tak, mowa nienawiści – nie” zagrzmieli dzielnie koledzy związkowcy na swojej stronie internetowej. „Protest środowiska nauczycieli zawsze postrzegany jest jednak przez pryzmat tego zawodu i odpowiedzialności za wychowanie młodego pokolenia” skonstatował w stylu Katona prezes. „Nie może być tak, że dziś nauczyciel nawołuje do zabicia ministra edukacji, a na drugi dzień w szkole edukuje dzieci” dodał.
Jako potencjalna morderczyni nie czuję się najlepiej a bycie stawianą do kąta przez potencjalnych sojuszników w walce o prawa pracownicze zdecydowanie mi nie odpowiada. Pytam zatem, skąd taka skwapliwość w obronie pani minister i tupet, by oceniać poczynania konkurencyjnego związku. Jak pan prezes rozumie protestowanie poprzez „pryzmat zawodu i odpowiedzialności”. Mamy zwracać się do pani minister z uprzejmą prośbą o okazanie łaskawości? Czy koledzy związkowcy naprawdę w naszym proteście, w determinacji i złości, w dążeniu do skruszenia urzędniczej obojętności i niekompetencji, w desperacji i pragnieniu lepszego jutra polskiej oświaty, słyszycie tylko „mowę nienawiści”?! Czy wątpliwej klasy rymowanki i hasła, budząc waszą estetyczną wrażliwość, zagłuszyły wymowę faktów, argumentów, problemów. Czy mamy poważnie traktować słowa pana prezesa, który twierdzi, że w czasie manifestacji nawoływano do zamordowania pani minister?... Już nie pytam, gdzie tożsamość celów, solidarność związkowa, troska o wizerunek nauczyciela.
Naprawdę nie o to chodzi, kto coś głupiego krzyknął, a kto niósł kukłę. Idzie o naszą przyszłość. Tylko tyle. A wspomniany Katon (ten Starszy) miał przydomek Cenzor, prezesie.
Agata Łyko
Przewodnicząca Sekcji Oświaty Regionu Małopolskiego NSZZ „Solidarność”





