|
Wspólny protest związkowców polskich i
niemieckich |
źródło:
Rzeczpospolita
11.12.2007
04:52
|
|
Związkowcy z Polski i Niemiec protestowali w
Słubicach i Frankfurcie nad Odrą przeciwko łamaniu praw
pracowniczych w sieciach sklepów dyskontowych. W manifestacji
uczestniczyło ok. 200 osób.
Protest, zorganizowany przez niemiecki związek zawodowy Verdi i
NSZZ "Solidarność", rozpoczął się na moście granicznym łączącym
oba miasta - pisze ."Rzeczpospolita". Następnie związkowcy przy
dźwiękach gwizdków i trąbek przeszli przed sklep "Biedronka" w
Słubicach, gdzie przekonywali o naruszaniu praw pracowniczych w
sklepach tej sieci handlowej.
Po postoju przy "Biedronce" związkowcy udali się przez granicę do
Frankfurtu nad Odrą. Tam pikietowali sklep "Kaufland". Mieszkańcom miasta, którzy przyglądali się manifestacji,
wręczano ulotki. Można z nich było dowiedzieć się m.in., że w
ponad 50 proc. hipermarketów skontrolowanych przez Państwową
Inspekcję Pracy stwierdzono niewypłacanie wynagrodzenia za godziny
nadliczbowe, a w 40 proc. niezachowanie minimalnych norm
wypoczynku.
Zarówno polscy, jak i niemieccy związkowcy mieli ze sobą
transparenty i flagi związkowe. Ze strony polskiej na pogranicze
przyjechali związkowcy "S" z kilku regionów, m.in. z Mazowsza,
Śląska i Lubuskiego. Wśród Niemców byli głównie przedstawiciele
związku zawodowego Verdi, działającego w sieci "Lidl".
Stop! Łamaniu praw pracowniczych w Biedronce - to jedno z haseł,
jakie można było zobaczyć na transparentach. Podobnej treści słowa
znajdowały się na niemieckich transparentach; dotyczyły jednak
sklepu "Lidl".
Jak powiedział Rainer Kau ze związku zawodowego Verdi, akt
solidarności, którym jest wspólna manifestacja, jest bardzo ważny.
- Takie akcje jak tutaj odbywają się też w Strasburgu, we Francji
i Austrii. Problem złych warunków pracy dotyczy wielu innych
krajów w Europie i dlatego dziś robimy tę akcję - powiedział.
- Chcemy zwrócić uwagę na łamanie praw pracowników w sektorze
handlu oraz warunki ich pracy w super- i hipermarketach, gdzie są
one nadal bardzo złe (...) W Polsce najgorsza sytuacja jest w tej
chwili w sklepach dyskontowych. My dzisiaj mówimy o sieciach
handlowych Biedronki i Lidla, gdzie sytuacja jest bardzo zła -
powiedział przewodniczący sekcji krajowej pracowników handlu,
banków i ubezpieczeń NSZZ "Solidarność" Alfred Bujara.
Polsko-niemiecka manifestacja związkowców przebiegła spokojnie. Po
obu stronach granicy nad jej przebiegiem czuwały wzmocnione siły
policyjne, które nie musiały interweniować.
materiał dostępny: http://praca.wnp.pl/wspolny-protest-zwiazkowcow-polskich-i-niemieckich,38168_1_0_0.html
|
|
Związkowcy z
Solidarności i niemieckiego związku Ver.di razem wyszli w
poniedziałek na ulice przygranicznych Słubic w proteście przeciwko
łamaniu ich praw i poniżaniu pracowników w dyskontach handlowych
|
Gazeta Wyborcza
2007-12-10 20:26
|
|
Ok. 300 związkowców wspólnie pikietowało w Słubicach pod
Biedronką, a zaraz potem we Frankfurcie pod Kauflandem. Polskim
związkowcom chodzi przede wszystkim o sieć Biedronki i Lidl (w
2006 r. w tym markecie w Gorzowie powstała pierwsza organizacja
związkowa w Polsce).
Protest zbiegł się także ze śledztwem w sprawie sieci dyskontów
Biedronka, jakie prowadzi zielonogórska prokuratura. Prokuratorzy
przesłuchali już 1,6 tys. osób. Sprawdzają, czy naruszane są tam
prawa pracowników, stosowany mobbing i nie są wypłacane pieniądze
za nadgodziny. - Wszystkie dotychczasowe sprawy przeciwko
Biedronce, a znam ich kilkanaście, pracownicy wygrali - mówi
Edward Gollent ze Stowarzyszenia Poszkodowanych przez Wielkie
Sieci Handlowe "Biedronka". - To są nieopłacone godziny
nadliczbowe, brak wolnych dni, praca za darmo, niezgodnie z
normami, fałszowanie dokumentacji - wylicza.
Gollent przyjechał w poniedziałek do Słubic i dołączył do
demonstracji polskich i niemieckich związkowców. Protestujący
uzbrojeni w gwizdki, flagi i transparenty spotkali się na
granicznym Moście Przyjaźni. - Biedronka chora! Biedronka krank! -
skandowali razem. Oberwało się także Lidlowi. - Przoduje w łamaniu
praw pracowniczych i wyznacza innym sieciom trendy w postępowaniu
z pracownikami. Dlatego cały czas prowadzimy akcje zakładania rad
pracowniczych. Teraz robimy to razem z polską Solidarnością - mówi
Rainer Kau, koordynator Ver.di, zajmujący się w centrali walką o
związki zawodowe w niemieckich marketach Lidla.
Gdy w Gorzowie powstała "S" w Lidlu, przyjechali niemieccy
związkowcy. - Opowiadali o szykanach w Niemczech. Byliśmy w szoku,
bo nam się zdawało, że gdzie jak gdzie, ale w Niemczech to
niemożliwe. Wszystko tam poukładane, a jak widać u nich i u nas ta
sama "wolna amerykanka". Więc razem powalczymy o godność i prawa
zatrudnionych w dyskontach, o wolne niedziele i nadgodziny - mówi
Jarosław Porwich, szef gorzowskiej "S".
Z kolei niemieckich związkowców niepokoją plany wprowadzenia także
w Niemczech handlowych niedziel. Dlatego chcą razem z
Solidarnością walczyć o swoje prawa na forum Unii Europejskiej. -
Ta demonstracja to pierwszy krok. Na końcu drogi jest wprowadzenie
prawa unijnego obowiązującego we wszystkich krajach Europy, które
raz na zawsze ograniczy bezprawie dyskontów. Na razie przegrywamy,
bo sieci są lepiej przygotowane do walki ze związkami, zawsze
wyprzedzają nas o krok. Dlatego walczymy o jedno twarde prawo dla
wszystkich. Teraz w każdym sklepie obowiązują inne procedury i
potem mamy takie sprawy, jak w zielonogórskiej prokuraturze -
komentuje Alfred Bujara, przewodniczący Krajowego Sekretariatu
Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ Solidarność.
|
|
|
Gazeta Wyborcza
|
|
Tak skandowało razem ok. 300 polskich i niemieckich związkowców.
Najpierw na ulicach Słubic, a potem po przejściu przez most
graniczny pod marketem Kaufland we Frankfurcie.
Protestowali przeciwko
wyzyskowi i łamaniu praw pracowniczych w sieciach dyskontowych.
Straż graniczna bez kontroli przepuściła przez granicę pochód z
flagami i transparentami. "S" rozpoczęła współpracę z niemieckim
związkiem Ver.di po powstaniu we wrześniu 2006 r. w Gorzowie
pierwszej organizacji związkowej w sieci Lidl. - Koledzy z Niemiec
opowiadali o szykanach i metodach, jakie stosuje kierownictwo
Lidla. Byliśmy w szoku. Chcieliśmy skorzystać z niemieckich
doświadczeń, ale skoro u nich też jest "wolnoamerykanka", to
zdecydowaliśmy się razem walczyć o godność pracowników - mówi
Jarosław Porwich, szef "S" regionu gorzowskiego.
Popiera go Rainer Kau, koordynator Ver.di zajmujący się
zakładaniem związków zawodowych w niemieckich marketach Lidla. -
Za 1110 zl brutto bez wolnych niedziel i z niepłaconymi
nadgodzinami - to nie praca, tylko wyzysk. Jedna osoba naraz w
sklepie jest kasjerem, magazynierem i musi pilnować porządku! -
wyliczał wczoraj Paweł Pawlak z wielkopolskiej "S" utworzonej w
sieci Biedronka.
Zielonogórscy prokuratorzy przesłuchali już 1,6 tys. obecnych i
byłych pracowników tych sklepów. - Prowadzimy śledztwo w sprawie
złośliwego lub uporczywego naruszania praw pracowniczych -
tłumaczy Kazimierz Rubaszewski, rzecznik prokuratury.
- To dopiero początek wspólnych akcji. Na końcu tej drogi jest
doprowadzenie do wymuszenia przez instytucje unijne utworzenia
kart praw pracowniczych, które będą obowiązywać w dyskontach w
całej Europie - mówi Alfred Bujara z krajówki "S".
- Pracownicy handlu należą do grupy zawodowej najniżej
wynagradzanej i nadal pracującej w trudnych warunkach. To prawie
milion osób w Polsce! Dlatego chcemy uświadomić Polakom, że
ekonomiczny sukces "tanich" sieci handlowych jest skutkiem wyzysku
pracowników - tłumaczy Jarosław Porwich.
|
|
Manifestacja polskich i niemieckich
związkowców z handlu |
www.tvbiznes.pl
10.12|| 15:20 |
|
Związkowcy z Polski i Niemiec protestowali w poniedziałek w
Słubicach i Frankfurcie nad Odrą przeciwko łamaniu praw
pracowniczych w sieciach sklepów dyskontowych. W manifestacji
uczestniczyło ok. 200 osób.
Protest, zorganizowany przez niemiecki związek zawodowy Verdi i
NSZZ "Solidarność", rozpoczął się na moście granicznym łączącym
oba miasta. Następnie związkowcy przy dźwiękach gwizdków i trąbek
przeszli przed sklep "Biedronka" w Słubicach, gdzie przekonywali o
naruszaniu praw pracowniczych w sklepach tej sieci handlowej.
Po postoju przy "Biedronce" związkowcy udali się przez granicę do
Frankfurtu nad Odrą. Tam pikietowali sklep "Kaufland".
Mieszkańcom miasta, którzy przyglądali się manifestacji, wręczano
ulotki. Można z nich było dowiedzieć się m.in., że w ponad 50
proc. hipermarketów skontrolowanych przez Państwową Inspekcję
Pracy stwierdzono niewypłacanie wynagrodzenia za godziny
nadliczbowe, a w 40 proc. niezachowanie minimalnych norm
wypoczynku.
Zarówno polscy, jak i niemieccy związkowcy mieli ze sobą
transparenty i flagi związkowe. Ze strony polskiej na pogranicze
przyjechali związkowcy "S" z kilku regionów, m.in. z Mazowsza,
Śląska i Lubuskiego. Wśród Niemców byli głównie przedstawiciele
związku zawodowego Verdi, działającego w sieci "Lidl".
"Stop! Łamaniu praw pracowniczych w +Biedronce+"- to jedno z
haseł, jakie można było zobaczyć na transparentach. Podobnej
treści słowa znajdowały się na niemieckich transparentach;
dotyczyły jednak sklepu "Lidl".
Jak powiedział PAP Rainer Kau ze związku zawodowego Verdi, akt
solidarności, którym jest wspólna manifestacja, jest bardzo ważny.
"Takie akcje jak tutaj odbywają się też w Strasburgu, we Francji i
Austrii. Problem złych warunków pracy dotyczy wielu innych krajów
w Europie i dlatego dziś robimy tę akcję" - powiedział.
Okazją do zwrócenia uwagi na problemy pracowników sieci
dyskontowych zarówno w Polsce, jak i Niemczech, jest obchodzony w
poniedziałek Dzień Praw Człowieka. W Niemczech organizowanie tego
dnia manifestacji ma wieloletnią tradycję. Inicjatywa organizacji
podobnego protestu na naszym zachodnim pograniczu wyszła właśnie
ze strony niemieckiej.
"Walczymy o poszanowanie praw człowieka i porządne warunki pracy.
W Niemczech jest dużo problemów m.in. związanych z czasem pracy
sklepów, a warunki pracy w handlu detalicznym są coraz gorsze.
Jednym z problemów jest też płaca i traktowanie ludzi" -
powiedział PAP Volker Kulle z zarządu Federacji Związków
Zawodowych w Niemczech (DGB).
"Chcemy zwrócić uwagę na łamanie praw pracowników w sektorze
handlu oraz warunki ich pracy w super- i hipermarketach, gdzie są
one nadal bardzo złe (...) W Polsce najgorsza sytuacja jest w tej
chwili w sklepach dyskontowych. My dzisiaj mówimy o sieciach
handlowych +Biedronki+ i Lidla, gdzie sytuacja jest bardzo zła" -
powiedział PAP przewodniczący sekcji krajowej pracowników handlu,
banków i ubezpieczeń NSZZ "Solidarność" Alfred Bujara.
Zdaniem Bujary, w sieciach sklepów dyskontowych dochodzi także do
szykanowania związkowców, a organizacje związkowe są niemile
widziane.
"Chcemy mówić stop wyzyskowi, gdyż niejednokrotnie za niskimi
cenami kryje się wyzysk człowieka. Pracują niejednokrotnie za 1,2
tys. zł brutto; czyli za 800 zł (netto) muszą wykonywać każdą
pracę" - dodał Bujara.
Polsko-niemiecka manifestacja związkowców przebiegła spokojnie. Po
obu stronach granicy nad jej przebiegiem czuwały wzmocnione siły
policyjne, które nie musiały interweniować.
materiał dostępny: http://www.tvbiznes.pl/?p=28&id=14239
|
|
Wspólny protest związkowców polskich i niemieckich |
źródło:
,
15:15
10-12-2007 |
|
Związkowcy z
Polski i Niemiec protestowali w Słubicach i Frankfurcie nad Odrą
przeciwko łamaniu praw pracowniczych w sieciach sklepów
dyskontowych. W manifestacji uczestniczyło ok. 200 osób
Protest, zorganizowany przez niemiecki związek zawodowy Verdi
i NSZZ "Solidarność", rozpoczął się na moście granicznym łączącym
oba miasta. Następnie związkowcy przy dźwiękach gwizdków i trąbek
przeszli przed sklep "Biedronka" w Słubicach, gdzie przekonywali o
naruszaniu praw pracowniczych w sklepach tej sieci handlowej.
Po postoju przy "Biedronce" związkowcy udali się przez
granicę do Frankfurtu nad Odrą. Tam pikietowali sklep "Kaufland".
Mieszkańcom miasta, którzy przyglądali się manifestacji,
wręczano ulotki. Można z nich było dowiedzieć się m.in., że w ponad
50 proc. hipermarketów skontrolowanych przez Państwową Inspekcję
Pracy stwierdzono niewypłacanie wynagrodzenia za godziny
nadliczbowe, a w 40 proc. niezachowanie minimalnych norm wypoczynku.
Zarówno polscy, jak i niemieccy związkowcy mieli ze sobą
transparenty i flagi związkowe. Ze strony polskiej na pogranicze
przyjechali związkowcy "S" z kilku regionów, m.in. z Mazowsza,
Śląska i Lubuskiego. Wśród Niemców byli głównie przedstawiciele
związku zawodowego Verdi, działającego w sieci "Lidl".
"Stop! Łamaniu praw pracowniczych w +Biedronce+"- to jedno z
haseł, jakie można było zobaczyć na transparentach. Podobnej treści
słowa znajdowały się na niemieckich transparentach; dotyczyły jednak
sklepu "Lidl".
Jak powiedział PAP Rainer Kau ze związku zawodowego Verdi,
akt solidarności, którym jest wspólna manifestacja, jest bardzo
ważny. "Takie akcje jak tutaj odbywają się też w Strasburgu, we
Francji i Austrii. Problem złych warunków pracy dotyczy wielu innych
krajów w Europie i dlatego dziś robimy tę akcję" - powiedział.
Okazją do zwrócenia uwagi na problemy pracowników sieci
dyskontowych zarówno w Polsce, jak i Niemczech, jest obchodzony w
poniedziałek Dzień Praw Człowieka. W Niemczech organizowanie tego
dnia manifestacji ma wieloletnią tradycję. Inicjatywa organizacji
podobnego protestu na naszym zachodnim pograniczu wyszła właśnie ze
strony niemieckiej.
"Walczymy o poszanowanie praw człowieka i porządne warunki
pracy. W Niemczech jest dużo problemów m.in. związanych z czasem
pracy sklepów, a warunki pracy w handlu detalicznym są coraz gorsze.
Jednym z problemów jest też płaca i traktowanie ludzi" - powiedział
PAP Volker Kulle z zarządu Federacji Związków Zawodowych w Niemczech
(DGB).
"Chcemy zwrócić uwagę na łamanie praw pracowników w sektorze
handlu oraz warunki ich pracy w super- i hipermarketach, gdzie są
one nadal bardzo złe (...) W Polsce najgorsza sytuacja jest w tej
chwili w sklepach dyskontowych. My dzisiaj mówimy o sieciach
handlowych Biedronki i Lidla, gdzie sytuacja jest bardzo zła" -
powiedział PAP przewodniczący sekcji krajowej pracowników handlu,
banków i ubezpieczeń NSZZ "Solidarność" Alfred Bujara.
Zdaniem Bujary, w sieciach sklepów dyskontowych dochodzi
także do szykanowania związkowców, a organizacje związkowe są
niemile widziane.
- Chcemy mówić stop wyzyskowi, gdyż niejednokrotnie za
niskimi cenami kryje się wyzysk człowieka. Pracują niejednokrotnie
za 1,2 tys. zł brutto; czyli za 800 zł (netto) muszą wykonywać każdą
pracę - dodał Bujara.
Polsko-niemiecka manifestacja związkowców przebiegła
spokojnie. Po obu stronach granicy nad jej przebiegiem czuwały
wzmocnione siły policyjne, które nie musiały interweniować.
|
|
Polsko-niemiecki strajk
handlowców |
źródło:
,
tvn24.pl
14:40,
10.12.2007 |
|
WSPÓLNA MANIFESTACJA NA MOŚCIE GRANICZNYM
Polscy i niemieccy związkowcy wspólnie protestowali przeciwko
łamaniu praw pracowniczych w dużych sieciach sklepów
dyskontowych. - Ten problem leży po dwóch stronach Odry -
tłumaczyli manifestanci.
To pierwszy taki protest, w którym
związkowcy z obu stron Odry domagają się respektowania swoich
praw. Ponad 200 manifestantów spotkało się przed filią sklepu
"Biedronka" w Słubicach, potem przeszli przez most graniczny
łączący Frankfurt nad Odrą ze Słubicami i zakończyli protest przed
sklepem "Kaufland" we Frankfurcie nad Odrą.
- Walczymy o poszanowanie praw człowieka i porządne warunki pracy.
W Niemczech jest dużo problemów m.in. związanych z czasem pracy
sklepów, a warunki pracy w handlu detalicznym są coraz gorsze.
Jednym z problemów jest też płaca i traktowanie ludzi - powiedział
Volker Kulle z zarządu Federacji Związków Zawodowych w Niemczech (DGB).
- Chcemy zwrócić uwagę na łamanie praw pracowników w sektorze
handlu oraz warunki ich pracy w super- i hipermarketach, gdzie są
one nadal bardzo złe (...) W Polsce najgorsza sytuacja jest w tej
chwili w sklepach dyskontowych. My dzisiaj mówimy o sieciach
handlowych "Biedronki" i "Lidla", gdzie sytuacja jest bardzo zła -
dodał przewodniczący sekcji krajowej pracowników handlu, banków i
ubezpieczeń NSZZ "Solidarność" Alfred Bujara.
Polak i Niemiec ramię w ramię
Ten nietypowy strajk zorganizowali
niemiecki związek zawodowy Verdi i NSZZ "Solidarność".
Manifestacja odbyła się w ramach Międzynarodowego Dnia Praw
Człowieka. Związkowcy z obu krajów uważają, że zarówno w Polsce,
jak i w Niemczech dochodzi do łamania praw pracowniczych w dużych
sieciach sklepów dyskontowych. Chodzi przede wszystkim o polską
"Biedronkę" i niemiecki "Lidl".
Jak powiedział Rainer Kau ze związku zawodowego Ver.di, akt
solidarności, którym jest wspólna manifestacja, jest bardzo ważny.
- Takie akcje, jak tutaj odbywają się też w Strasburgu, we Francji
i Austrii. Problem złych warunków pracy dotyczy wielu innych
krajów w Europie i dlatego dziś robimy tę akcję - stwierdził
tekst dostępny:
http://www.tvn24.pl/0,1531673,wiadomosc.html
|
|
"S" handlowców planuje polsko-niemiecką manifestację w Słubicach |
źródło:

14:15
06.12.2007 |
|
"Solidarność" handlowców i niemiecki związek zawodowy Ver.di
planują na najbliższy poniedziałek protest w Słubicach i
Frankfurcie nad Odrą m.in. przeciwko łamaniu praw związkowych i
pracowniczych w sieciach handlowych.
O zaplanowanej na 10 grudnia manifestacji poinformowała
śląsko-dąbrowska "Solidarność". Jej termin nie jest przypadkowy -
w tym dniu obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka
Organizatorem demonstracji jest Krajowy Sekretariat Banków, Handlu
i Ubezpieczeń NSZZ "Solidarność". Akcję, która rozpocznie się na
moście granicznym w Słubicach, poparła Komisja Krajowa związku.
Chcemy uświadomić Polakom, że ekonomiczny sukces "tanich" sieci
handlowych jest skutkiem nieludzkiego traktowania pracowników
- powiedział szef Krajowego Sekretariatu Banków, Handlu i
Ubezpieczeń "S" Alfred Bujara. Jak mówił, problem dotyczy nie
tylko Polski, ale także wielu innych krajów Europy.
Podczas manifestacji pracownicy handlu chcą m.in. zwrócić uwagę na
trudne warunki pracy oraz na to, że są źle opłacani. Będą domagać
się wprowadzenia całkowitego zakazu handlu w niedziele oraz
równego traktowania ludzi zatrudnionych w tych samych sieciach w
różnych krajach, należących do UE.
Akcja rozpocznie się w poniedziałek w południe na moście
granicznym w Słubicach. Następnie uczestnicy przejdą przed sklep
sieci "Biedronka" w Słubicach, a stamtąd do Frankfurtu, by
kontynuować protest przed "Kauflandem".
Niemiecki związek zawodowy Ver.di, którego członkowie wezmą udział
w manifestacji, należy do największych w Europie. Jako Zjednoczony
Związek Zawodowy Pracowników Usług skupia ok. 2,8 mln członków,
reprezentujących ponad tysiąc różnych zawodów.
|
|
Zakaz
handlu w święta nie zaszkodzi gospodarce? |
źródło:
MONEY.PL
2007-10-25 |
|
Posłowie
uchwalili zakaz handlu w 12 dni świątecznych. Jakie będą skutki
dla gospodarki?
Zdaniem Jeremiego Mordasewicza.
z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan nowy
przepis jest rozsądny i potrzebny.
O ile zakaz handlu w każdą
niedzielę byłby, zdaniem Mordasewicza szkodliwy dla gospodarki, bo
mogłoby wówczas dojść do likwidacji nawet 60 tysięcy miejsc pracy,
to "zakaz pracy w handlu przez 12 dni świątecznych w ciągu roku na
pewno gospodarce nie zaszkodzi".
Przepis o zakazie handlu w święta
zabrania zatrudniania jedynie tych pracowników, którzy pracują na
etatach. Przepis nie dotyczy placówek wyższej użyteczności
publicznej takich jak apteki czy stacje benzynowe. Lekarstwa,
paliwo, kwiaty, znicze i inne drobiazgi będzie więc można w święta
zakupić bez problemu |
powrót>>>
|
GIP apeluje o respektowanie zakazu
pracy w święta |
źródło:

2007-10-24 |
|
Główny Inspektor Pracy Bożena Borys-Szopa apeluje do pracodawców o
respektowanie przepisów wprowadzających zakaz pracy w placówkach
handlowych w święta. W apelu GIP podkreślono, że za łamanie tych
przepisów grożą kary finansowe nawet do 30 tys. zł.
Nowelizacja ustawy, wprowadzająca zakaz pracy w placówkach
handlowych w 12 dni świątecznych w roku, wchodzi w życie w piątek,
26 października.
Najbliższe święto, kiedy nie będzie można zrobić zakupów w super-
czy hipermarkecie, przypada
1
listopada
- Wszystkich Świętych. Do końca roku zakaz obejmie pracę w dniach:
11 listopada
- Święto Niepodległości oraz
25 i 26 grudnia
- pierwszy i drugi dzień Bożego Narodzenia.
Jak informuje GIP, w okręgowych inspektoratach pracy na terenie
całego kraju czynne będą dyżurne telefony, gdzie będzie można
przekazywać sygnały o naruszeniu zakazu pracy w handlu w te dni. Jak
podkreśliła Borys-Szopa, każdy taki sygnał zostanie sprawdzony przez
inspektorów pracy.
"Nieprzestrzeganie przepisów zakazujących pracy w święta stanowi
wykroczenie przeciwko prawom pracownika, za które inspektor pracy
może ukarać pracodawcę karą grzywny w wysokości od 1 do 2 tys. zł, a
w przypadku powtórnego popełnienia wykroczenia w ciągu dwóch lat -
do 5 tys. zł. Może również skierować wniosek o ukaranie do sądu
grodzkiego, który ma prawo ukarać winnego popełnienia wykroczenia
grzywną do 30 tysięcy złotych" - przypomina GIP.
W poniedziałek Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej
poinformowało, że zakaz pracy w święta w placówkach handlowych
będzie dot. osób mających status pracownika, a więc zatrudnionych na
podstawie umowy o pracę, powołania, wyboru, mianowania lub
spółdzielczej umowy o pracę. Według MPiPS, nowe przepisy nie
oznaczają natomiast zakazu otwarcia placówki handlowej w święta,
jeśli pracę wykonywaliby ich właściciele lub inne osoby pracujące na
podstawie umów cywilnych.
Jak informują niektóre media, zakazem handlu w te dni objęte będą
nie tylko duże sklepy, ale też stacje benzynowe. Jak napisała w
poniedziałek "Rzeczpospolita", właściciele stacji są odmiennego
zdania. Sprawa jest na tyle skomplikowana, że Polska Izba Paliw
Płynnych zwróciła się do resortu pracy i Głównej Inspekcji Pracy o
interpretację tych przepisów - donosi dziennik.
Nowelizacja Kodeksu pracy przewiduje wprowadzenie zakazu pracy w
placówkach handlowych w
Nowy Rok,
w
święta Wielkiej Nocy,
1 maja,
3 maja,
w
pierwszy dzień Zielonych Świątek,
w
Boże Ciało,
15 sierpnia - w
święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny,
Wszystkich Świętych (1 listopada),
Święto Niepodległości (11 listopada),
a także
święta Bożego Narodzenia.
Mówi także o zakazie pracy, jeśli któreś z tych świąt przypada w
niedzielę.
W te dni będą mogły jednak pracować placówki kultury, oświaty czy
apteki. W świetle nowelizacji handlować w te dni będą mogli też
wszyscy ci, którzy prowadzą jednoosobową firmę i nie zatrudniają
pracowników. Nowela dopuszcza możliwość pracy w placówkach
handlowych przy wykonywaniu prac koniecznych ze względu na
użyteczność społeczną lub codzienne potrzeby ludności.
artykuł dostępny na stronie Wirtualnej Polski:
http://finanse.wp.pl/wiadomosc.html?kat=&wid=9322273&ticaid=14b47&_ticrsn=5 |
powrót>>>
|
Fikcyjny zakaz handlu |
źródło: Rzeczpospolita 22 października 2007
za
WP.PL |
|
Pierwszego listopada
będzie można iść na zakupy. Choć miał to być pierwszy dzień
ustawowego zakazu pracy, to część sklepów będzie działać jak
dawniej. Za ladą staną nie handlowcy, lecz właściciele sklepów,
podaje "Rzeczpospolita".
Gazeta informuje, że "Solidarność" jest oburzona
obchodzeniem prawa i na 11 listopada – kolejny dzień z listy objętej
zakazem – zapowiada pikiety pod pracującymi sklepami.
Nowelizacja kodeksu pracy wprowadzająca zakaz
pracy w sklepach wchodzi w życie 26 października, zatem 1 listopada
zakupy miały być możliwe tylko w sklepach przy stacjach benzynowych
czy w aptekach. Podobnie miało wyglądać jeszcze 11 innych świąt
państwowych i religijnych w roku. Jednak wiele sieci może zakaz
bardzo łatwo obejść – pracownicy muszą mieć tego dnia wolne, jednak
nic nie stoi na przeszkodzie, żeby za ladą stanął właściciel sklepu
– także ajent lub franczyzobiorca.
– Kodeks pracy nie stoi ponad umową cywilnoprawną,
którą podpisują ajenci bądź franczyzobiorcy z centralą firmy. W tej
sytuacji 1 listopada ich pracownicy mają dzień wolny, jednak nic nie
stoi na przeszkodzie, żeby właściciel sklepu, niezatrudniony na
podstawie umowy o pracę, tego dnia pracował i otworzył sklep, jeśli
przewiduje to jego kontrakt – mówi "Rz" Piotr Wojciechowski,
wicedyrektor Departamentu Prawnego Głównego Inspektoratu Pracy. Po
co więc zakaz w ogóle został uchwalony, skoro miał uregulować
problem pracujących w święta sklepów?
– Nowe prawo wprowadza dyskryminujące rozwiązania
zwłaszcza wśród małych placówek – mówi Andrzej Faliński, dyrektor
generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji zrzeszającej
zagraniczne sieci działające w Polsce. One swoich sklepów nie
otworzą – za kasą nie może stanąć właściciel obiektu, więc prawo
premiuje sieci polskie.
Problem sygnalizowali także ajenci sieci Żabka,
którzy liczyli, że tego dnia będą mieli jak inni pracownicy w handlu
wolny dzień. Okazuje się, że jest inaczej.
– Nie muszą otwierać tego dnia sklepów – nie
spotkają ich za to żadne konsekwencje. Sugerujemy jednak ich
otwarcie, bowiem w innym przypadku spowoduje to straty spółki i
samych ajentów – mówi Grzegorz Kurzyca z działu prawnego Żabki. Sieć
ma ponad 1,8 tys. sklepów, a w ciągu pięciu lat Żabek ma już być 2,5
tys. Przychody sieci za ubiegły rok wyniosły 1,32 mld zł i były o 20
proc. wyższe niż w 2005 r. W sierpniu sieć za 550 mln zł przejęła
czesko-słowacka grupa funduszy inwestycyjnych Penta Investments
Ajenci obawiają się jednak konsekwencji, bowiem zgodnie z umowami
muszą otwierać sklepy przez wszystkie dni w roku – jedynie w Wigilię
mają krótszy czas pracy.
– Obchodzenie tego zakazu to skandal i jesteśmy
zbulwersowani takimi praktykami. Pokazuje to tylko, że kwestią
regulacji handlu w święta musi się zająć oddzielna ustawa, jak w
Niemczech, a nie kodeks pracy. Jeśli 1 listopada sklepy będą
otwarte, to jesteśmy gotowi na to, żeby w następne święto 11
listopada je pikietować – mówi Alfred Bujara, przewodniczący sekcji
pracowników handlu NSZZ "Solidarność".
Właściciele nawet tego dnia nie muszą w sklepach
pracować sami.
– Możliwe jest tego dnia zatrudnienie osób
fizycznych na podstawie umów o dzieło czy zlecenia. Praca taka nie
może jednak nosić cech stosunku pracy, tj. być podporządkowana i pod
kierownictwem podmiotu zlecającego pracę – dodaje Piotr
Wojciechowski z GIP. Jak wyjaśnia, nie można dopuścić do sytuacji, w
której etatowi pracownicy wykonują pracę w święta na podstawie umów
cywilnoprawnych. Zgodnie bowiem z orzecznictwem Sądu Najwyższego
praca taka nadal ma charakter zatrudniania na podstawie łączącej
strony umowy o pracę i może być traktowana jak praca w godzinach
nadliczbowych.
Szansę na obejście zakazu ma sporo sieci
franczyzowych i ajencyjnych – 15 największych ma ponad 10 tys.
sklepów. Firma badawcza Profit System szacuje wartość obrotów firm
działających w tych systemach na niemal 50 mld zł rocznie. Dzisiaj
jednak trudno prognozować, jaka część z takiej możliwości skorzysta.
– Nie ingerujemy w decyzje naszych franczyzobiorców. Nasze umowy nie
regulują, ile dni w roku ich sklepy muszą być otwarte. To ich
decyzja, czy sklep otworzyć, przypominamy im jednak, że muszą
przestrzegać prawa – mówi gazecie Wojciech Kruszewski, prezes
największej niezależnej sieci franczyzowej "Lewiatan".
artykuł dostępny na stronie Wirtualnej Polski:
http://wiadomosci.wp.pl/kat,18453,wid,9319324,wiadomosc.html?ticaid=14b19
|
powrót>>>
|
GIP: mniej
łamania
prawa pracy w placówkach
handlowych |
źródło:

2007-08-20 |
|
Systematyczne
kontrole inspektorów pracy w placówkach handlowych przynoszą efekty;
następuje poprawa w przestrzeganiu prawa pracy i bezpieczeństwa -
ocenia Główny Inspektor Pracy Bożena Borys-Szopa.
Na konferencji prasowej zaprezentowała ona m.in. wyniki kontroli
inspektorów pracy w 2007 r.
Od stycznia do 31 lipca tego roku inspektorzy pracy
przeprowadzili ponad 5,5 tys. kontroli w placówkach handlowych, w
tym ponad 1,5 tys. kontroli związanych z badaniem skarg
pracowniczych - poinformowała
W
wyniku tych kontroli inspektorzy nałożyli ponad 1,7 tys. mandatów
karnych na łączną sumę ponad 1,2 mln zł oraz wydali 27 tys. decyzji
i 25 tys. wniosków w wystąpieniach skierowanych do pracodawców.
Ponadto inspektorzy złożyli 123 wnioski do sądu o ukaranie i
zawiadomili prokuraturę o popełnieniu przestępstwa w 66 przypadkach.
Do najczęstszych naruszeń należy m.in. nieprawidłowe
ewidencjonowanie czasu pracy, nieudzielanie należytego odpoczynku,
zastawianie towarami przejść ewakuacyjnych.
Borys-Szopa przypomniała, że Państwowa Inspekcja Pracy kontroluje
super i hipermarkety od 1999 r.
Z kontroli wynika, że stan przestrzegania prawa pracy i
bezpieczeństwa jest gorszy w mniejszych placówkach handlowych niż w
placówkach wielkopowierzchniowych. W super i hipermarketach
najwięcej nieprawidłowości występuje w sklepach kontrolowanych po
raz pierwszy, nowo powstałych, zaś w placówkach działających dłużej
jest lepszy dzięki stałemu nadzorowi PIP.
Ponadto na konferencji przedstawiono wyniki kontroli w sklepach
sieci Biedronka prowadzonej przez PIP na polecenie Prokuratury
Okręgowej w Gliwicach, która prowadzi postępowanie w sprawie
nieprawidłowości w sklepach tej sieci.
Przez rok 232 inspektorów przeprowadziło 739 kontroli. Stwierdzili
oni m.in. nieprawidłowe ewidencjonowanie czasu pracy (dla 35 proc.
zatrudnionych), niewypłacanie wynagrodzenia za nadgodziny (jedna
czwarta zatrudnionych), nieprawidłowe ustalanie wymiaru czasu pracy
(22 proc. pracowników), ale także zastawienie towarami dróg
ewakuacyjnych oraz dopuszczanie do pracy bez wstępnych badań
lekarskich.
Jak poinformowała Borys-Szopa, w 57 przypadkach inspektorzy
stwierdzili rażące naruszenie przepisów, powodujące bezpośrednie
zagrożenie życia lub zdrowia pracowników i wstrzymali prace, np. w
jednym ze sklepów pracowniczka przewoziła wózkiem ręcznym towar
ważący 960 kg.
W wyniku kontroli skierowano 40 powiadomień o podejrzeniu
popełnienia przestępstwa głównie w zakresie fałszowania ewidencji
czasu pracy oraz dokumentacji szkoleń z zakresu bhp.
Borys-Szopa dodała jednocześnie, że stan praworządności w sklepach
tej sieci ulega systematycznej poprawie od II połowy 2005 r |
powrót>>>
|
Niskie pensje w sklepach |
źródło:
Rzeczpospolita 18 lipca 2007
Piotr Mazurkiewicz |
|
HANDEL
Większość pracowników zarabia średnio 1,4 tys. zł brutto
Według
GUS średnia miesięczna płaca w handlu to około 2,5 tysiąca złotych
brutto. Jednak jak policzyła dla "Rzeczpospolitej" "Solidarność",
szeregowi pracownicy zarabiają średnio o tysiąc złotych mniej
-
Handel jest nadal najgorzej wynagradzaną branżą w Polsce, są też
ogromne dysproporcje między szeregowymi pracownikami a menedżerami -
mówi Alfred Bujara, przewodniczący sekcji pracowników handlu NSZZ
"Solidarność".
Dlatego pracowników sklepów oburzył raport opublikowany przez
Centrum im. Adama Smitha. Według niego średnie wynagrodzenie w
sektorze handel i naprawy w 2006 r. wyniosło 2455 zł brutto
miesięcznie - w 2005 r. było to 1922 zł. Tymczasem "Solidarność"
szacuje, że średnia pensja dla pracowników handlu - kasjerów czy
magazynierów - to ok. 1,4 tys. zł. Są jednak duże różnice w
regionach -nawet od 1,2 tys. zł brutto miesięcznie do maksymalnie
1,6 tys. zł. Pracownicy najniższego szczebla nie dość, że zarabiają
mało, to jeszcze dysproporcje miedzy nimi a kadrą menedżerską bardzo
szybko rosną. "Solidarność policzyła, jak wyglądają faktyczne
podwyżki w sieci, która przeznaczy na nią 4 mln zł. Średnio
pracownik powinien więc dostać 592 zł brutto. Jednak jak policzył
związek, osoby na najniższych stanowiskach zatrudnione na pełny etat
dostaną tak naprawdę jedynie 160 zł - reszta zostanie przeznaczona
na wypłaty dla kadry menedżerskiej.
Handel
jest branżą coraz ważniejszą dla gospodarki - jak szacuje Naczelna
Rada Zrzeszeń Handlu i Usług pracuje w nim ponad 2 mln osób z czego
jedynie 8,8 proc. w sieciach - reszta w tzw. handlu tradycyjnym.
Jest to też 14,7 proc. ogółu zatrudnionych w Polsce, a branża
generuje ok. 17 proc. PKB.
Zatrudnienie w handlu rośnie -jak podaje CAS w latach 1995 - 2005 o
8 proc., podczas gdy liczba pracujących w gospodarce spadła o 17
proc. W ubiegłym roku zatrudnienie w handlu wzrosło o ponad 5 proc.,
a sieci mają coraz większe problemy ze znalezieniem pracowników.
Dlatego od początku kwietnia Biedronka podniosła podstawową pensję
dla pracownika na pełnym etacie o 16 proc. do 1,4 tys. zł brutto
miesięcznie. Inne sieci też idą tym śladem. - W tym roku,
uwzględniając obniżenie składki rentowej, średnio płace w Tesco
wzrosły o 13 proc. -mówi Przemysław Skory, rzecznik sieci. - Od
lipca do grudnia na podwyżki dla podstawowych pracowników wydamy
ponad 8 mln zł. Wzrost płac na osobę zależy od wielu czynników, jak
staż pracy czy stanowisko - dodaje Agnieszka Łukiewicz-Stachera,
rzeczniczka sieci Real.
PIOTR MAZURKIEWICZ
Handel
nadal słabo płaci
Realne
płace w tej bardzo ważnej branży są cały czas bardzo niskie i to
niezależnie od tego, czy chodzi o sieci polskie, zagraniczne czy o
małe sklepy polskie. Obecna sytuacja na rynku pracy wymusza też
podwyżki pensji w sklepach, inaczej nie będzie miał kto w nich
pracować. Już teraz są duże problemy ze znalezieniem chętnych do
ciężkiej pracy za tak niewielkie pieniądze. Jednak dysproporcje
między najniższymi stanowiskami w sklepach a kierowniczymi są
ogromne i będą coraz większe.
Roman Dera, prezes Naczelnej
Rady Zrzeszeń Handlu i Usług zrzeszającej ok. 25 tys. głównie
niewielkich polskich firm
Średnie wynagrodzenia

Zarobki w handlu nie wyglądają źle, jednak większość zarabia
znacznie poniżej średniej.¦
źródło: GUS, CAS
|
powrót>>>
|
Nawet
mi się nie śniło |
źródło: TYGODNIK SOLIDARNOŚĆ nr
25 (978) 22 czerwca 2007 |
|
Nikogo
szykanowanego z powodu uczestnictwa w strajku nie pozostawimy
samego - z ALFREDEM BUJARĄ,
przewodniczącym Sekcji Krajowej Pracowników Handlu rozmawia Alicja Dołowska
W
Boże Ciało przeprowadziliście w placówkach handlowych ogólnopolski
strajk włoski. Jak Pan ocenia jego przebieg i skutki?
- Jesteśmy bardzo zadowoleni ze skali tego protestu.
Odbył się bardzo spokojnie, nie ucierpieli na nim ani klienci,
ani pracownicy. Z naszego rozeznania wynika, że ponad 50 proc.
pracowników uczestniczyło w proteście. Do akcji przystąpiła
część placówek największych sieci handlowych: Real, Lidl,
Carrefour, Albert, sklepy "Społem" i małe prywatne
sklepiki. Nawet mi się nie śniło, że udział będzie tak
liczny. Niektórzy ręcznie wstukiwali kody, inni obsługiwali
wolniej, ale dla pracującego w Boże Ciało personelu ważne było
to, że mogli przedstawić klientom swoje racje - i to było najważniejsze.
Dzięki temu wielu klientów stanęło po stronie strajkujących.
Zdarzało się, że w mniejszych sklepikach ludzie pytali obsługę
sklepu: jak to, nie bierzecie udziału w proteście? Nie obyło się
bez paru incydentów, ale to normalne w takich sytuacjach. Były
to jednak sporadyczne przypadki. Sprzedający zaczęli wierzyć,
że działając wspólnie mogą coś zmienić. Proszę zauważyć,
że był to pierwszy od czasu odzyskania niepodległości po 1989
roku protest grupy zawodowej, która była do tej pory upokarzana.
Protest środowiska, w którym ponad 70 proc. zatrudnionych
stanowią kobiety, w wielu wypadkach zastraszane, mobbingowane, w
różny sposób prześladowane, żeby broń Boże nie
przeciwstawiały się pracodawcy.
-
Pokazaliście, że pracownicy handlu potrafią walczyć o prawo do
dni świątecznych. Mimo że rozpuszczano pogłoski, iż działacie
na własną szkodę, bo w handlu trzeba będzie w związku z tym
zwolnić 60 tys. ludzi.
- Nieprawda. 60 tysięcy to trzeba natychmiast zatrudnić,
ponieważ pracownicy handlu pracują za dwie, czasem trzy osoby. W
marketach brakuje dzisiaj do pracy po 60-80 osób. Ludzie pracują
ponad swoje możliwości. Bardzo często widzi się w sklepach
tabliczki "Przyjmę pracownika". Młodzi się nie garną.
Zniechęcają ich niskie płace i warunki pracy, wyjeżdżają za
granicę. Pracodawcy straszą, że zatrudnią ludzi ze Wschodu i z
Rumunii. Takie stawianie sprawy jest karygodne, bo PKB wzrasta,
zyski marketów też, a pensje w handlu stoją. Pracodawcy bogacą
się kosztem pracowników. To niesprawiedliwe. Mówimy
"stop" dla zatrudnienia ściąganych do pracy ze Wschodu
ludzi na warunkach dumpingowych. Chcemy wzrostu wynagrodzeń,
unormowania czasu pracy, by pracownicy handlu mogli spędzać święta
razem z rodziną. Podczas strajku wydarzyła się rzecz niezwykła;
pierwszy raz ludzie z naszej branży uwierzyli w siebie. Po raz
pierwszy też zwrócili uwagę opinii publicznej na swój los.
Rozpoczęła się debata społeczna na temat handlu w święta państwowe
i kościelne. I co się okazało? W sondzie przeprowadzonej
podczas audycji w telewizyjnej "trójce", poparło nas
prawie 70. proc. telewidzów. A do tej pory wmawiano nam, że
nasze żądania świąt wolnych od handlu nie mają poparcia.
Okazało się, że jest inaczej.
-
Badania opublikowane przez "Rzeczpospolitą"
pokazały, że zakaz handlu w dni świąteczne popiera 52 proc.
Polaków. 42 proc. jest przeciwnych, a 10 proc. nie ma zdania.
Przeciwników jednak niedzielnego handlowania jest znacznie więcej.
Może dlatego, że Polacy należą do najbardziej zapracowanych
społeczności w Europie i naprawdę brakuje im czasu na robienie
zakupów?
- Zdajemy sobie sprawę, że co do wolnych niedziel nie
ma jeszcze porozumienia w parlamencie, dlatego na razie chcemy,
aby na Wiejskiej przegłosowano przynajmniej zakaz handlu w 12
najważniejszych świąt w Polsce. Czy to tak wiele? Proces
legislacyjny się opóźnia. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się
już świętować w Boże Ciało. Z zapowiedzi jednak wynika, że
pierwszym dniem świątecznym będzie dopiero Wszystkich Świętych.
Będziemy posłów pilnować.
-
Podczas strajku zdarzało się zastraszanie pracowników i pogróżki,
że stracą pracę, a strajk był przecież legalny. Zamierzacie w
jakiś sposób napiętnować takie praktyki pracodawców?
- Nie puścimy tego płazem. Rzeczywiście w niektórych
marketach pracodawcy monitorowali stanowiska pracy i grożąc
zwolnieniem, próbowali zastraszyć protestujących. Strajkujące
kasjerki zastępowano bardzo szybko pracownikami z agencji pracy
tymczasowej lub studentami. W katowickim Carrefourze, gdzie do
strajku przystąpiła większość personelu, kasjerkom, które ręcznie
wstukiwały kody towarów robiono zdjęcia, a następnie przesunięto
je do innych działów. O godzinie 11 nie było przy kasach już
żadnego pracownika Carrefoura, wszyscy zostali zastąpieni
pracownikami tymczasowymi. Kasjerki obawiają się teraz surowych
konsekwencji: odebrania premii, a nawet nieprzedłużenia umowy o
pracę. Incydenty zdarzały się też w innych miastach, np. Nowym
Sączu i Szczecinie. Chciałbym zapewnić, że nikogo
szykanowanego z powodu uczestnictwa w strajku nie pozostawimy
samego. Wszelkie restrykcje spotkają się ze zdecydowaną reakcją
Solidarności. Ludzie w handlu muszą czuć oparcie w związku
zawodowym.
-
Należy się spodziewać, że po udanym proteście, podczas którego
w obronę wzięła was większość społeczeństwa i hierarchowie
Kościoła, do Solidarności zapisze się teraz więcej osób.
Trudno o lepszą promocję związku.
- W naszej branży na 300 tys. zatrudnionych do związku
należy tylko 10 proc. Sądzę, że ludzie będą mieli teraz większą
odwagę i motywację, by wstępować w nasze szeregi. Przekonali
się, że tyko działając wspólnie można coś osiągnąć. Słabo
zorganizowani - przegrają z kretesem.
|
powrót>>>
|
Jakie zmiany w prawie pracy czekają nas jeszcze w tym roku |
Gazeta Prawna 2007-06-25 |
|
Pracodawcy zapłacą nawet 20 mln zł kary za łamanie praw pracowników, zatrudnieni w hipermarketach dostaną wolne w święta, a młode matki jeszcze dłuższy urlop wychowawczy. Nad takimi rozwiązaniami pracuje obecnie
Sejm.
Czas
pracy: Pracujący w handlu będą mieli wolne w święta
Posłowie PiS planują wprowadzenie zakazu pracy we wszystkie święta kościelne i państwowe dla pracowników handlu.
Projekt nowelizacji kodeksu pracy zakłada, że praca w handlu nie będzie mogła być świadczona w dni świąteczne.
Chodzi o wszystkie święta wymienione w ustawie z 18 stycznia 1951 r. o dniach wolnych od pracy (Dz.U. nr 4, poz. 28 z późn. zm.), czyli m.in. o Boże Narodzenie (dwa dni), Wielkanoc (dwa dni), Święto Niepodległości, 1 i 3 maja, Wszystkich Świętych, Nowy Rok oraz Boże Ciało. Razem 12 dni świątecznych.
Dopuszczalne ma być natomiast wykonywanie pracy w niedziele w placówkach handlowych, chyba że jedno z wymienionych wcześniej świąt wypadnie właśnie w tym dniu.
Obecnie praca w placówkach handlowych, bez względu na wielkość i asortyment sprzedawanych towarów, jest dozwolona we wszystkie niedziele i święta.
Nowelizację kodeksu pracy popiera Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych i Forum Związków Zawodowych. OPZZ postuluje, aby posłowie rozważyli wprowadzenie rozwiązań dopuszczających dobrowolną pracę w sklepach w niedziele. Wynagrodzenie za ten czas powinno zostać zwiększone o co najmniej 100 proc. w stosunku do pracy w dniu powszednim.
Propozycja zakazująca pracy handlu w święta jest także zgodna z oczekiwaniami rządu. W swoim stanowisku do odrzuconej wcześniej poselskiej propozycji parlamentarzystów LPR poparł prowadzenie prac nad ograniczeniem wykonywania pracy w placówkach handlowych w sposób, który pogodzi interesy pracowników, pracodawców i konsumentów.
Nad projektem ustawy pracowała już nadzwyczajna sejmowa Komisja do Spraw Zmian w Kodyfikacjach.
W najbliższym czasie trafi on do drugiego czytania w Sejmie.
80 proc. szans na wejście w życie w tym roku
Plusy
¦ pracownicy hipermarketów nie będą musieli pracować w święta
Minusy
- pracodawcy utracą część zysków
-konsumenci będą mieli mniej czasu na zakupy
OPINIA
Janusz Kochanowski
rzecznik praw obywatelskich
Propozycje zawarte w poselskim projekcie zawierają rozwiązania kompromisowe, godzące interesy pracodawców, pracowników i handlowców. Ponadto uważam, że przewidziane w projekcie ograniczenia pracy w niedziele i święta przyczynią się do lepszego stosowania przepisów dotyczących czasu pracy, a tym samym zapewnią większą ochronę praw pracowniczych. Dlatego za celowe uważam pilne zakończenie prac legislacyjnych nad tym projektem. Pracodawcy: 20 mln zł kary za łamanie praw pracowniczych
Pracodawcy zapłacą rekordowe kary za przestępstwa popełnione wobec osób zatrudnionych w firmie nie tylko na podstawie umowy o pracę.
Jeśli pracodawca osiągnął jakiekolwiek korzyści dzięki łamaniu praw osób zatrudnionych w jego firmie, na przykład przez swojego przedstawiciela, to zostanie on pociągnięty do odpowiedzialności i w stosunku do niego, a nie reprezentanta, zostanie wymierzona kara finansowa. Takie rozwiązanie przewiduje prezydencki projekt ustawy o odpowiedzialności za czyny przeciwko prawom osób wykonujących pracę zarobkową.
Warunkiem pociągnięcia pracodawcy do odpowiedzialności ma być prawomocne skazanie wyrokiem sądu (jego lub jego reprezentanta) za popełnienie wskazanego w ustawie przestępstwa lub wykroczenia.
Pracodawca będzie mógł być ukarany grzywną w wysokości 100 tys. zł za wykroczenie przeciwko prawom osób zatrudnionych (nie tylko na podstawie umowy o pracę). Z kolei za przestępstwo popełnione wobec takich osób sąd będzie mógł zasądzić maksymalnie 20 mln zł kary.
Projekt przewiduje jednak, że wysokość nakładanych przez sądy rejonowe na pracodawców kar nie może być wyższa niż 10 proc. ich przychodu osiągniętego w roku obrotowym, w którym popełniono wykroczenie lub przestępstwo. W opinii Andrzeja Malinowskiego, prezydenta Konfederacji Pracodawców Polskich, górna granica kar jest absurdalnie wysoka.
Związkowcy mają inną opinię w tej sprawie.
Obecne przepisy także pozwalają na karanie finansowe pracodawców za przestępstwa i wykroczenia przeciwko zatrudnionym. Kary są jednak bardzo niskie, a system ich egzekucji niedoskonały - podkreśla Andrzej Radzikowski, wiceprzewodniczący OPZZ.
Jego zdaniem, jeśli prezydenckie propozycje wejdą w życie, zmniejszy się liczba spraw z tytułu łamania praw pracowniczych. Pracodawcy chętniej będą zawierać ugodę ze skarżącymi ich podwładnymi, bo przegrana w sądzie wiązać się będzie z milionową karą.
Prezydent chce, żeby ta ustawa zaczęła obowiązywać od nowego roku. Po pierwszym czytaniu w Sejmie trafiła ona do prac w komisjach.
100 tys. zł zapłaci pracodawca za wykroczenie przeciwko prawom osób zatrudnionych
NAD CZYM PRACUJE JESZCZE SEJM
- kodeks pracy (układy zbiorowe w jednostkach sfery budżetowej) - czeka na pierwsze czytanie w komisjach
- kodeks pracy oraz ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii - trwają prace w komisjach sejmowych
- ustawa o kształtowaniu wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej - czeka na drugie czytanie
- ustawa o wynagradzaniu osób kierujących niektórymi podmiotami prawnymi - nie dokończono drugiego czytania
OPINIA
Krzysztof Rączka
Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego
Wzmacnianie sankcji finansowych wobec pracodawców nie spowoduje jakościowej zmiany w sferze przestrzegania prawa. Maksymalna kara w wysokości 20 mln zł jest nieracjonalna, a ograniczenie jej wysokości do 10 proc. rocznego przychodu w przypadkach większych firm nie będzie miało żadnego znaczenia. Nowe przepisy mogą umożliwić pracownikom szantażowanie przełożonych wytoczeniem postępowania w sytuacji każdego, choćby drobnego wykroczenia.
Telepraca: Nowe obowiązki i uprawnienia telepracowników oraz ich pracodawców
Zgodę na zatrudnienie telepracownika w przedsiębiorstwie będą musiały wyrazić związki zawodowe. Firma nie może też zmusić pracownika do wykonywania pracy w tej formie.
W porozumieniu, jakie w tej sprawie pracodawca zawrze z organizacjami związkowymi, muszą być uwzględnione wszelkie ustalenia, do jakich doszło między stronami. W sytuacji gdy u danego pracodawcy nie działają związki zawodowe, a pracodawca zamierza zatrudniać pracowników w formie telepracy, warunki jej stosowania powinien ustalić w regulaminie, po konsultacji z przedstawicielami pracowników.
Telepracownikami będą mogły zostać zarówno nowo zatrudniane osoby, jak i dotychczasowi pracownicy. Tym drugim pracodawca zaproponuje zmianę formy zatrudnienia, ale z inicjatywą zmiany warunków zatrudnienia będzie też mógł wystąpić pracownik. Pracodawca będzie zobowiązany do dostarczania telepracownikom niezbędnego sprzętu. Ma też pokrywać koszty związane z jego instalacją, serwisem, eksploatacją i konserwacją. W zamian będzie miał prawo do ulg podatkowych. Na proponowanych rozwiązaniach mogą zyskać pracownicy, zwłaszcza niepełnosprawni lub osoby wychowujące dzieci.
Ustawa jest jednak korzystna także dla pracodawców, bo nie będą musieli ponosić kosztów wynajmu powierzchni biurowej i pełnego wyposażenia i utrzymania stanowiska pracy - uważa Ewa Kopacz, przewodnicząca sejmowej Komisji Zdrowia.
Wszystkie kluby parlamentarne zadeklarowały poparcie dla projektu, który po pierwszym czytaniu trafił do prac w nadzwyczajnej sejmowej Komisji do Spraw Zmian w Kodyfikacjach. Ustawa ma zacząć obowiązywać 14 dni od dnia ogłoszenia
Plusy
- ulgi podatkowe dla pracodawców
- brak nakazu zatrudnienia w formie telepracy
Minusy
- zgoda związków na zatrudnienie telepracowników
100 proc. prawdopodobieństwo wejścia w życie w tym roku
Uprawnienia rodzicielskie: Urlop macierzyński może być dłuższy
Urlop macierzyński powinien zostać wydłużony o dwa tygodnie. Ojciec będzie miał prawo do dłuższej nieobecności w pracy w ciągu dwóch tygodni po narodzinach dziecka.
Urlop przy pierwszym porodzie ma wynosić 20 tygodni, 22 tygodnie przy każdym następnym porodzie i 30 tygodni w przypadku urodzenia więcej niż jednego dziecka przy jednym porodzie - wynika z senackiego projektu nowelizacji kodeksu pracy.
Kobiecie wychowującej dziecko przysposobione lub przyjęte przez nią w formie rodziny zastępczej będzie przysługiwał urlop w wymiarze 22 tygodni już przy pierwszym porodzie. Zdaniem senatorów wydłużenie urlopu powinno tylko nieznacznie wpłynąć na wzrost zatrudnienia, w szczególności na czas zastępstwa. Wydłużenie urlopu macierzyńskiego o dodatkowe dwa tygodnie będzie kosztować budżet państwa 153,75 mln zł.
Na zmianach proponowanych przez Senat skorzystają także ojcowie. W ciągu dwóch tygodni po urodzeniu się dziecka przysługiwałoby im pięć, a nie jak dotychczas, dwa dni robocze usprawiedliwionej nieobecności w pracy, z zachowaniem prawa do wynagrodzenia. Łączny koszt, jaki budżet państwa i pracodawcy poniosą z tego tytułu, to 33 mln zł. W opinii autorów projektu obie zmiany mają przeciwdziałać niskiej liczbie urodzin dzieci oraz ułatwiać opiekę nad noworodkami.
Senacki projekt wkrótce trafi do pierwszego czytania w Sejmie.
154 mln zł koszt wydłużenia urlopu macierzyńskiego o 2 tygodnie
50 proc. szans na uchwalenie w tym roku
Łukasz Guza
Gazeta Prawna
|
powrót>>>
|
Bez wolnoamerykanki |
źródło:
tygodnik
Śląsko-Dąbrowski
Agnieszka
Konieczny
2007-05-22 |
|
10
Maja Sejm przyjął ustawę o handlu wielkopowierzchniowym. Z
przewodniczącym Sekcji Krajowej Pracowników Handlu NSZZ
„Solidarność” Alfredem Bujarą rozmawia Agnieszka
Konieczny.
-
Czy to dobra ustawa ?
Jej
celem jest „ucywilizowanie” zasad hiper- i supermarketów.
Do tej pory mieliśmy do czynienia z wolnoamerykanką.
Niejednokrotnie o budowie sklepu wielkopowierzchniowego decydowały
pojedyncze osoby i dochodziły do korupcji.
-
Które przepisy zostały zmienione?
Decyzje
o budowie hipermarketów o powierzchni 2000m kw, będzie podejmował
burmistrz, ale wcześniej zaopiniuje je Rada Gminy i Sejmik Wojewódzki.
Organy te musza wziąć pod uwagę wszytskie uwarunkowania. W
Polsce zachwiane zostały warunki pomiędzy handlem drobnym i
wielkopowierzchniowym. Chodzi więc o to, by duże sklepy powstawały
na obrzeżach miast i w granicach zdrowego rozsądku. Sytuacja,
gdy hipermarket funkcjonuje obok hipermarketu jest niezdrowa.
Sklepy te walczą między soba o klienta, tnąc ceny i koszty, a
to odbija się na pracownikach. Trzeba pamiętać, że stworzenie
jednego stanowiska w hipermarkecie oznacza utratę 8 miejsc pracy
w drobnym handlu. W 2004 roku w Polsce zlikwidowanych zostało 100
tys. miejsc pracy w małych sklepach.
-
Pojawiają się jednak głosy, że ustawa jest spóźniona,a
giganty handlowe rezygnuja z otwierania kolejnych hipermarketów
na rzecz szybkich małych sklepów, które jeszcze bardziej zagrażają
polskim sklepikarzom…
To
prawda, ale lepiej teraz niż wcale. W krajach starej
„dwunastki” takie ustawy funkcjonują, a budowa sklepów
wielkopowierzchniowych obwarowana jest wieloma przepisami. Gminy
zobowiązane są do wykonania ekspertyzy, czy budowa supermarketu
nie wpłynie na likwidację drobnych sklepów. Wiodące sieci
zapowiedziały otwieranie szybkich, małych sklepów, co w moim
odczuciu jest bardzo niepokojące. Takie działanie to strategia
przejściowa, która może prowadzić do zniszczenia rodzimego
kapitału. Za kilka lat sieci te stwierdzą, że drobna działalność
jest nieopłacalna i polikwidują małe sklepy, a my po kilogram
cukru będziemy musieli udać się do hipermarketu.
-
Dziękuje za rozmowę .
|
powrót>>>
|
Helena
Cioch, Specjalista ds. BHP Zarządu Regionu
NAPOJE CHŁODZĄCE
|
źródło:
tygodnik
Śląsko-Dąbrowski
2007-05-22 |
|
Obowiązek wydawania pracownikom napojów chłodzących
w pracy regulują następujące przepisy:
- Art.
232 Kodeksu Pracy –pracodawca jest obowiązany zapewnić
pracownikom zatrudnionym w warunkach szczególnie uciążliwych,
nieodpłatnie, odpowiednie napoje, jeżeli jest to niezbędne
ze względów profilaktycznych.
- Rodzaje
tych napojów oraz wymagania, jakie powinny spełniać, a także
przypadki i warunki ich wydawania określa Rozporządzenie
Rady Ministrów z dnia 28 maja 1996 roku Dz. U. nr 60, poz.
279;
-
§1
pkt. 2 – pracodawca zapewnia pracownikom zatrudnionym
w warunkach szczególnie uciążliwych, nieodpłatnie napoje,
których rodzaj i temperatura powinny być dostosowane do
warunków wykonywania prac.
-
§4.1
pracodawca zapewnia napoje pracownikom zatrudnionym:
1)
w warunkach gorącego mikroklimatu, charakteryzującego się
wartościa wskaźnika obciążenia termicznego (BGT) powyżej 25°C,
2)
w warunkach
mikroklimatu zimnego, charakteryzującego się wartościa siły chłodzącej
powietrza (WCI) powyżej 1000,
3)
przy pracach na otwartej przestrzeni przy temperaturze
otoczenia poniżej 10° C lub powyżej 25°C,
4)
przy pracach związanych z wysiłkiem fizycznym, powodującym w ciągu zmiany roboczej efektywny wydatek
energetyczny organizmu powyżej 1500 kcal (6280kJ) u mężczyzn i
1000 kcal (4187kJ) u kobiet,
5)
na stanowiskach pracy, na których temperatura spowodowana
warunkami atmosferycznymi przekracza 28°C
-
§4.2
Pracodawca zapewnia pracownikom napoje w ilości zaspakajającej
potrzeby pracowników, odpowiednio zimne lub gorące w zależności
od warunków wykonywania pracy, a w przypadku określonym w
ust. 1 pkt. 1- napoje wzbogacone w sole mineralne i
witaminy.
-
§5.
Stanowiska pracy, na których zatrudnieni pracownicy powinni
otrzymywać napoje oraz szczegółowe zasady ich wydawania,
ustala pracodawca w porozumieniu z zakładowymi
organizacjami związkowymi, a jeżeli u danego pracodawcy
nie działa zakładowa organizacja związkowa
- pracodawca po uzyskaniu opini
przedstawicieli pracowników.
-
§6.1
Napoje wydawane są pracownikom w dniach wykonywania prac
uzasadniających ich wydawanie.
-
§6.3
Napoje powinny być dostępne dla pracowników w ciągu całej
zmiany roboczej
- §13.1
Rozporządzenia Min.PS z dnia 27 września 1997r w sprawie ogólnych
przepisów BHP (Dz. U. nr 169, poz. 1650 z 2003 r. ) –
Pracodawca jest obowiązany zapewnić dostateczną ilość
wody zdatnej do picia.
Helena Cioch
|
powrót>>>
| Superkontrola
w Biedronce |
źródło:
PAP
2007-05-22 |
|
Największa
w kraju sieć sklepów dyskontowych nie płaciła pracownikom za
nadgodziny, naruszała procedury BHP i prawo pracy. To najważniejsze
z zarzutów, które znajdą się w raporcie Państwowej Inspekcji
Pracy - dowiedziała się "Rzeczpospolita".
Według niej, raport zakończy największą w
historii kontrolę sieci handlowej. Przez więcej niż rok ponad
100 pracowników inspekcji pracy badało na zlecenie prokuratury
sytuację w kilkuset sklepach Biedronki. Kontrola była kontynuacją
śledztwa, które ruszyło w 2004 r. po wybuchu skandalu wywołanego
ujawnieniem fatalnych warunków pracy w sklepach tej sieci.
Piotr
Matczuk z biura prasowego Ministerstwa Sprawiedliwości wyjaśnia,
że prokuratura wystąpiła przeciwko Biedronce, bo od pracowników
tej sieci nadal miała sygnały o nieprawidłowościach.(...)Gdyby
podobne sygnały pojawiły się z innych sieci, postąpiłaby
podobnie. Według niego, są już akty oskarżenia przeciwko niektórym
pracownikom Biedronki o łamanie prawa pracy, niewypłacanie
wynagrodzeń za nadgodziny i wykorzystywanie zatrudnionych w sieci
osób.
Matczuk zaznacza, że jeśli się okaże, że
zarząd firmy wiedział o tych praktykach albo wręcz je inspirował,
to także przeciwko niemu pojawią się akty oskarżenia. Nie
wyklucza tu żadnych scenariuszy. (PAP) |
powrót>>>
|
ZATRUDNIENIE
Liczba aktualnych ofert pracy w portalu www.pracuj.pl
Polowanie
na pracownika |
źródło:
ALEKSANDRA
FANDREJEWSKA
2007-05-22 |
|
Wynagrodzenia rosną szybko,
w wielu branżach można już przebierać w ofertach. To kłopot
dla firm - problemy ze znalezieniem pracowników powoli zaczynają
hamować ich rozwój
W urzędach pracy i specjalistycznych
internetowych portalach można znaleźć 150 tys. ofert pracy i co
miesiąc pojawia się 15 - 20 tys. nowych. Konfederacja Pracodawców
Polskich szacuje, że w kraju poszukiwanych jest około 200 tys.
specjalistów. Pracowników potrzebuje co trzecia firma budowlana
i co dziewiąty zakład produkcyjny. I to przy bezrobociu
przekraczającym 2,2 mln osób.
Przeciętnie wynagrodzenia wciągu roku wzrosły
o jedną dziesiątą, ale są zawody, w których ludziezarabiają
o 20 - 50 procent więcej niż kilka miesięcy temu. Choć obawiają
się tego przedsiębiorcy i przestrzegają, że nie mogą podnosić
wynagrodzeń, bo przestanie się im opłacać produkcja, to większość
Polaków zbadanych przez OBOP uważa, że żądania płacowe są
uzasadnione.
Przedsiębiorcy, głównie budowlani, alarmują,
że kłopoty z brakiem pracowników są coraz większe. - Pół
roku temu stawka za godzinę pracy wynosiła w kosztorysie 8 złotych,
a teraz już 14 - 15 zł, a więc prawie o 100 procent więcej -tłumaczy
dyrektor Elżbieta Domagalik z PKO Inwestycje. Rok temu średnia płaca
robotnika budowlanego sięgała 2 tys. zł netto. Teraz za takie
pieniądze pracują najmniej wykwalifikowani. Cieśle, zbrojarze,
tynkarze zarabiają ok. 4 tys. zł netto miesięcznie. A i tak
trudno ich znaleźć. Dlatego niektóre firmy muszą wstrzymywać
inwestycje.
Ryszard Matkowski z J.W. Construction Holding
SA dodaje: - Staraliśmy się szukać pracowników przez urzędy
pracy i nic z tego nie wyszło. Nie powiodła się też próba
nawiązania współpracy ze szkołami budowlanymi. Nikt nie chce
chodzić do zawodówki, bo tyle samo trwa nauka w liceum. Efekt?
Brak robotników. Potwierdzają to ekonomiści i pracodawcy:
szwankuje system oświaty. Kłopoty z pracownikami wynikają z
jednej strony z małego zainteresowania nauką zawodu, z drugiej
-z emigracji.
Specjaliści od wynagrodzeń oceniają, że na
szeregowych stanowiskach zarobki w Polsce będą porównywalne z
zachodnimi nie wcześniej niż za 15 - 20 lat. Natomiast
wynagrodzenia dobrze wykształconych specjalistów zaczynają się
już zbliżać do płac europejskich. A dochody polskich menedżerów
są często takie same jak ich zachodnich kolegów. Najbardziej
poszukiwani specjaliści
ALEKSANDRA FANDREJEWSKA |
powrót>>>
| Niewolnicy
z Leclerca |
źródło:

2007-05-15 |
|
Praca po kilkanaście godzin dziennie bez dodatkowej
zapłaty, wyzwiska i krzyki były codziennością w kieleckim
Leclercu
Bandą blondynek, idiotek i debilek nazywała
swoje pracownice pani dyrektor w supermarkecie E.Leclerc w
Kielcach. Wyzwiska i krzyki były na porządku dziennym, tak samo
jak zmuszanie do pracy w godzinach nadliczbowych bez żadnej zapłaty
czy wolnego dnia. Grupa pracownic nie wytrzymała, o łamaniu praw
pracowniczych powiadomiła inspekcję pracy i prokuraturę, sprawę
skierowała do sądu
Pilnuj interesów
pracodawcy, a nie pracownika
Kobiety, które przeciwstawiły się pani
dyrektor i odeszły z pracy, nie mogą jeszcze spokojnie opowiadać
o tym, co się działo w supermarkecie. Dagmara Chmielewska była
kierowniczką działu kas, podlegało jej 79 osób. Pamięta, że
już pierwszego dnia po otwarciu supermarketu doszło do
nieprzyjemnego zajścia. Pieniądze z dziennego utargu przesyłane
były pocztą pneumatyczną do sejfu. Część banknotów pozostała
w tubie i nie dotarła na miejsce. – Pani dyrektor oskarżyła
nas o kradzież 3 tys. zł – opowiada Dagmara Chmielewska. – W
sklepie byłam od szóstej rano i musiałam siedzieć do pierwszej
w nocy, aż wszystko się wyjaśni. Rano musiałam się przecież
znów stawić do pracy, ale pani dyrektor stwierdziła, że g... ją
to obchodzi i muszę pilnować, aż ekipa odblokuje pocztę.
Na drugi dzień pracownicy dowiedzieli się,
że pieniądze są. Nikt im jednak tego oficjalnie nie powiedział,
a dyrektorka nadal wyzywała ich od złodziei. Sprawa w końcu
ucichła – przynajmniej tak się Dagmarze Chmielewskiej zdawało.
– Po miesiącu pracy, gdy zaczęłam się upominać o
przestrzeganie praw pracowników, dążyłam, by dziewczęta
zatrudnione na kasie miały chociaż jeden wolny weekend w miesiącu,
usłyszałam od pani dyrektor, że powinnam pilnować interesu
pracodawcy, bo to on mnie zatrudnia. Właśnie wtedy wlepiła mi
naganę za pieniądze, które rzekomo zginęły pierwszego dnia.
Zarzuciła mi również, że nie potrafię układać grafiku,
wyznaczać godzin pracy. A wszystko dlatego, że nie chciałam, by
dziewczyny siedziały przy kasie po 12 godzin dziennie.
Ani pieniędzy, ani dobrego słowa
– Cały czas żyłam w stresie –
wspomina pani Magda. – Ciągle tylko krzyki i wyzwiska. Już
sama nie wiedziałam, co mam robić, by wreszcie było dobrze.
Chociaż dawałam z siebie wszystko, za nadgodziny nie dostawałam
ani pieniędzy, ani nawet dobrego słowa.
Praca w supermarkecie była dla pani Magdy pierwszym poważnym zajęciem
po studiach. Mówiono o szkoleniach, a nie przeprowadzano ich.
Stawiano pracownikom tylko wymagania. Kierownicy nie mieli określonego
zakresu obowiązków, odpowiedzialni byli za każdą rzecz. –
Pani dyrektor mogła nam zarzucić wszystko, co tylko chciała –
twierdzi pracownica.
Renata Machnicka chociaż zatrudniona była jako kierownik działu,
wykonywała przede wszystkim prace fizyczne. – Sami musieliśmy
nawet wnosić meble do biur i składać je narzędziami
przyniesionymi z domu – wspomina. – Praca w supermarkecie była
ponad moje siły, | | |