Solidarność Podbeskidzie

Solidarność Podbeskidzie

Nowe organizacje związkowe

W ostatnim czasie na Podbeskidziu powstało kilka nowych zakładowych organizacji związkowych NSZZ „Solidarność” – między innymi w żywieckim Centrum Dializ Fresenius, w bielskiej spółce Trelleborg oraz w Domu Pomocy Społecznej w Komorowicach. Piotr Gołąb, kierujący regionalnym Działem Rozwoju Związku, zapowiada, że to nie koniec…

– Widzimy rosnące zainteresowanie zakładaniem zakładowych organizacji związkowych, zarówno w dużych jak i małych firmach czy instytucjach. Pracownicy chcą się organizować, bo chcą być traktowani przez pracodawców jak partner do rozmów – mówi Piotr Gołąb, szef Działu Rozwoju Związku. Podkreśla, że ludzie chcą mieć związek zawodowy w obronie przed zakusami pracodawcy, co nie oznacza, że chcą walczyć z dyrekcją czy zarządem swej firmy. Chcą przestać być bezbronni, bo w zakładach, gdzie nie działają związki zawodowe, pracownicy praktycznie skazani są na łaskę lub niełaskę pracodawcy. Nie dotyczy to tylko wynagrodzeń, bo związkowcy negocjują układy zbiorowe, rozmawiają w sprawach poprawy organizacji i warunków pracy, kwestiach zatrudnienia i wielu innych, które są w obszarze zainteresowania związków zawodowych. – Dlatego tak ważne jest, by w zakładzie działał sprawny i silny liczebnie związek. W takiej sytuacji pracownicy mają reprezentanta, który może być silnym partnerem w rozmowach z pracodawcą – mówi Piotr Gołąb. Kierowany przez niego podbeskidzki Dział Rozwoju Związku służy informacją i wszelką pomocą w organizacji zakładowych komisji „Solidarności”. Przeprowadza też specjalne akcje informacyjno-ulotkowe wśród załóg zakładów pracy, w których nie działają jeszcze związki zawodowe. Dodatkowe informacje jak się organizować można znaleźć na stronie internetowej podbeskidzkiej „Solidarności” ( www. solidarnosc.org.pl/bbial ) w zakładce „Dział Rozwoju Związku” lub bezpośrednio u Piotra Gołąba (tel. 530 760 060) – gwarantowana nie tylko życzliwość i pomoc, ale – jeśli trzeba – także dyskrecja.

Strażacy będą pikietować z policjantami

W czwartek, 23 lipca, reprezentacja strażackiej “Solidarności” weźmie udział w pikiecie pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów w Warszawie, zorganizowanej przez ZG NSZZ Policjanów – zadecydowała Rada Krajowa Sekcji Pożarnictwa NSZZ “Solidarność”. Zgodnie z decyzjami Sekcji w proteście tym nie będą uczestniczyć strażacy z województwa śląskiego, w tym także z regionu Podbeskidzie.

Na początku lipca odbyło się pierwsze spotkanie Forum Dialogu Społecznego w którym wzięło udział kierownictwo MSW, przedstawiciele prezydium Sekcji Pożarnictwa “Solidarności”, a także związkowcy z Zarządu Głównego NSZZ Policjantów. Strony ustaliły potrzebę powołania grup roboczych, m.in. w celu przygotowania zasad przekazywania środków do ZUS ze specjalnego konta przy MSW, w przypadku zwolnienia funkcjonariusza ze służby bez prawa do renty lub emerytury. Jednak związkowcy nie kryją rozczarowania wynikiem rozmów. – Poruszaliśmy wiele ważnych kwestii, ale najważniejsze dla nas sprawy nie zostały rozwiązane – mówi Robert Osmycki, szef sekcji. – Ministerstwo nie uznało naszych argumentów o braku zabezpieczenia finasowego na wypłacanie wzrostu wysługi lat. Przedstawiono nam szczątkowe informacje o wzroście wynagrodzeń w 2016 roku, przedstawiciele ministerstwa nie wiedzili nawet o jakich kwotach w poszczególnych slużbach jest mowa. Wielokrotnie podkreślaliśmy, że interesuje nas wieloletnia polityka finansowa, ale nikt o tym nie chciał rozmawiać – wylicza Osmycki. – Rada Sekcji zadecydowała więc, że strażacy dołączą do pikiety policjantów. „Solidarność” z jednostek straży pożarnej z województwa śląskiego nie będzie uczestniczyć w tej pikiecie. – Tak zadecydowały władze Krajowej Sekcji Pożarnictwa. W naszym imieniu demonstrować będą koledzy z innych regionów, a my weźmiemy udział w kolejnym etapie naszej akcji – chyba, że rząd spełni nasze postulaty. Na razie – w ramach ogólnopolskiej akcji protestacyjnej – ograniczamy się do oflagowania naszych budynków – tłumaczy Roman Marekwica, przewodniczący „Solidarności” w bielskiej komendzie Państwowej Straży Pożarnej.

Przypomnijmy pokrótce genezę i dotychczasowy przebieg tego protestu. strażacy rozpoczęli ogólnopolską akcję protestacyjną w marcu. Zamrożone wynagrodzenia, słabo płatne nadgodziny i brak możliwości awansu i podwyżek wśród młodych strażaków po ukończeniu trzyletniego stażu – to główne powody akcji. W proteście brały udział województwa zachodnio-pomorskie, lubuskie, podkarpackie i opolskie. Na początku kwietnia spotkanie Sztabu Protestacyjnego z minister spraw wewnętrznych dało związkowcom nadzieję na rozwiązanie spornych kwestii. Ponieważ za deklaracjami nie poszły działania, 1 czerwca “Solidarność” wznowiła akcję protestacyjną i rozszerzyła ją o województwa dolnośląskie, łódzkie oraz wielkopolskie. 29 czerwca związkowcy zadecydowali o rozszerzeniu akcji protestacyjnej na cały kraj. Samochody Państwowej Straży Pożarnej zostały oflagowane, a na budynkach wywieszono banery z informacją o akcji. – Od sierpnia 2013 r. składamy na ręce kolejnych ministrów wciąż te same postulaty i wnioski – podkreśla przewodniczący strażackiej “Solidarności”. Przypomina, że związkowcy od dawna domagają się rewaloryzacji funduszu wynagrodzeń jednostek organizacyjnych Państwowej Straży Pożarnej według indeksu stopy inflacji liczonej od 2008 roku oraz podniesienia stawki rekompensaty za służbę w godzinach nadliczbowych z 60% stawki godzinowej do kwoty nie mniejszej niż 100% stawki godzinowej strażaka. W grudniu 2014 do powyższych postulatów pożarnicy dodali postulat zabezpieczenia przez budżet państwa pewnej kwoty pieniędzy na planowaną zmianę sposobu naliczania wysługi lat służby dla strażaków z najdłuższym stażem służby. “Solidarność” domaga się również 20 milionów złotych na bieżące funkcjonowanie komend PSP – Bez dodatkowego wsparcia finansowego wiele komend powiatowych i miejskich oprze swoje funkcjonowanie na środkach, które powinny być przeznaczone na zatrudnienie i wynagradzanie strażaków. Z kolei brak rewaloryzacji funduszy wynagrodzeń za lata 2008 – 2014 w komendach powiatowych i miejskich będzie skutkowało koniecznością zamrażania przyjęć do PSP lub redukcją zatrudnienia – tłumaczy Robert Osmycki.

/sis + inf. wł./
fot.www.solidarnosc.org.pl/zr.podlaskiego

“Solidarność” nauczycielska straciła zaufanie do rządu

– Nie będziemy brać udziału w PR-owskich działaniach, które teraz podejmuje rząd w celu poprawienia swego wizerunku przed wyborami – mówi Teresa Misiuk, zastępca przewodniczącego Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania. „Solidarność” nauczycielska oświadcza, że straciła zaufanie do ekipy aktualnie sprawującej władzę.

d2KSOiW od kilku lat domaga się ponadpolitycznej debaty o kształcie polskiej oświaty oraz autentycznego dialogu w kwestiach proponowanych zmian. Ministerstwo Edukacji Narodowej uchyla się jednak od prowadzenia rzeczywistego dialogu społecznego.

W opinii związkowców działania MEN prowadzą do pogarszania jakości kształcenia, opieki i wychowania w szkołach i placówkach oświatowych, a także do znacznego pogorszenia warunków pracy nauczycieli i pracowników oświaty.
Stanowiska i opinie Związku są od dawna ignorowane przez koalicję rządzącą. Zaproszenie do MEN, które nadeszło w ostatnich dnia, utwierdziło związkowców w przekonaniu, że chodzi tylko o PR-owski zabieg. – Do tej pory nie ma odpowiedzi na petycję, którą złożyliśmy podczas manifestacji w kwietniu br. w Kancelarii Premiera RP. I nagle przychodzi zaproszenie na spotkanie w Ministerstwie Edukacji Narodowej – wyjaśnia Misiuk – Co się zmieniło, co się wydarzyło, że minister Kluzik-Rostkowska w tak znaczący sposób zmieniła zdanie? Kilkanaście miesięcy przed wyborami było za późno na podjęcie debaty o oświacie, a na dwa miesiące przed wyborami proponuje się nam udział w tworzeniu platformy ponad podziałami i do tego jeszcze wzięcie współodpowiedzialności za podjęte działania? Związkowcy podkreślają, że są otwarci na dyskusję o problemach polskiej oświaty, jednak musi być ona nastawiona na wypracowanie konkretnych rozwiązań, a nie na osiągnięcie doraźnego celu wyborczego. hd (sis)

 

Związki zawodowe w Polsce – raporty OECD i GUS

Według Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) tylko 12 proc. pracowników pobierających pensję należy w naszym kraju do związków zawodowych.
work2“Dziennik Gazeta Prawna” informuje, że te dane są niedoszacowane, ponieważ eksperci OECD przyjęli, że w oparciu o umowę o pracę pracowało 12 mln Polaków. Decyzja Trybunału Konstytucyjnego, który uznał prawo osób samozatrudnionych oraz zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych do tworzenia związków zawodowych, wpłynie na zmianę sytuacji. Część pracowników wstąpi do działających już organizacji związkowych, część założy nowe. Dzięki temu może się m.in. zwiększyć odsetek zakładowych organizacji związkowych w prywatnych firmach.
W ubiegłym roku co czwarta osoba zrzeszona w związkach zajmowała się zawodowo edukacją, a największy odsetek związkowców występował w górnictwie węgla kamiennego i brunatnego oraz w firmach zajmujących się wydobyciem innych surowców – 72 proc. Nowi związkowcy zapewne wpłyną na zmianę tego wizerunku.
Według GUS większość jednostek organizacyjnych związków zawodowych zadeklarowało, że w 2014 r. doświadczało problemów prowadząc swoją działalność. Odpowiedzi były zróżnicowane w zależności od poziomu struktury związkowej. Najczęściej na problemy wskazywały organizacje znajdujące się najwyżej w strukturze (81 proc.), następnie działające na terenie kilku zakładów pracy (70 proc.), a najrzadziej – działające tylko w jednym zakładzie pracy (60 proc.).
1/3 badanych miała trudności w kontaktach z pracodawcami. Niewiele mniej organizacji wskazywało problemy związane z obowiązującymi przepisami i procedurami prawnymi – barierę tę zadeklarowało 29 proc. spośród wszystkich związków zawodowych. Kolejne trudności to kontakty z administracją publiczną (43 proc.) i z mediami (28proc.). Te rodzaje problemów w zdecydowanie mniejszym zakresie dotyczyły organizacji międzyzakładowych, a najmniejszym – zakładowych.
“Dziennik Gazeta Prawna” powołując się na badania zwraca dodatkowo uwagę, że związki zawodowe w Polsce nie rozdają etatów, nie szastają pieniędzmi i nie ma ich tak dużo, jak powszechnie się sądzi. Wbrew stereotypom w związkach nie ma etatowego rozpasania, a koszty działalności nijak się mają to kosmicznych sum podawanych w tabloidach. (sis)

Zaproszenie na festyn

ZR Podbeskidzie NSZZ „S” organizuje wyjazd dla 240 osób na festyn, który organizuje Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność” w dniach 28-30 sierpnia 2015 r.
Są jeszcze wolne miejsca.

?????????????????

 

Zapraszamy!

Odpłatność za wyżywienie i noclegi.
Bliższe informacje w Zarządzie Regionu.

Informacja na temat rozmów płacowych w FCA Poland oraz Magneti Marelli Suspension Systems Bielsko Sp. z .o.o.

W związku z pojawiającymi się ocenami i zapytaniami dotyczącymi treści podpisanych porozumień płacowych w FCA Poland oraz Magneti Marelli Suspension Systems Bielsko, jako współuczestnicy rozmów, występujący w imieniu Zarządu Regionu Podbeskidzie NSZZ „Solidarność”, informujemy:

?????????????????

Solidarność Spółki FCA Poland wystąpiła z żądaniami płacowymi na rok 2014 w wysokości 500 zł. Od początku prowadzenia negocjacji zarząd spółki negocjował w/w żądania i wprowadził w przedmiot rozmów swoją propozycję związaną z wydłużeniem okresu rozliczeniowego czasu pracy na okresy 12-to miesięczne, a później zmodyfikował do 9-cio miesięcznego okresu rozliczeniowego.

Tylko przyjęcie rozwiązań pracodawcy otwierało według niego dalsze rozmowy, ale na warunkach określonych przez zarząd, tj. podwyżki płac w wysokości ok. 200 zł pod warunkiem zgody na wprowadzenie wydłużonego okresu rozliczeniowego i 120 zł zachowując obecny okres rozliczeniowy. Prowadzone rozmowy jednocześnie wykazały, że próba wprowadzenia nowego systemu rozliczenia czasu pracy nie ma żadnych podstaw finansowo-organizacyjnych.

Przypominamy, że formy te, jako instrument prawny, zostały wprowadzone w prawie pracy z myślą o ochronie zatrudnienia w sytuacji zapaści finansowej związanej m.in. ze spadkami sprzedaży. Na nasze pytanie, zadane na spotkaniu w Magneti Marelli, w kwestii sensu wprowadzenia nowego systemu rozliczeniowego czasu pracy usłyszeliśmy, że na takie rozwiązanie oczekują turyńscy właściciele Fiata i będzie to mieć pozytywny oddźwięk wizerunkowy.

Dla NSZZ „Solidarność” tak przedstawiona argumentacja nie jest i nie będzie do przyjęcia, ponieważ nie opiera się na obiektywnych i racjonalnych założeniach. NSZZ „Solidarność” analizując sytuację FCA Poland oraz spółek zależnych stwierdza, że wprowadzenie nowego systemu rozliczeniowego w okresie 9-cio miesięcznym wprowadza realne zagrożenie zmniejszenia wynagrodzeń pracowniczych i na taką opcję nie wyrażamy zgody.

Uważamy, że zarysowanie w negocjacjach przez zarządy spółek takich rozwiązań wiązało się jednocześnie z próbą zablokowania faktycznych rozmów płacowych i rozmyciu naszych żądań. Doświadczenie ostatnich dni, w których to FCA Poland wycofało się z promowania tego rozwiązania, a zastąpiło go próbą zobowiązania związków zawodowych do nie podejmowania roszczeń płacowych do 2018 r., potwierdza nasze przekonanie o instrumentalnym traktowaniu związków zawodowych i składanych przez nas ofert. Z przykrością dowiadujemy się, że pozostałe związki zawodowe działające w FCA Poland, oprócz NSZZ „Solidarność”, zgodziły się na tak drastyczne posunięcie, akceptując podwyżki na 2015 rok w wysokości 130 zł, co przy samoograniczeniu możliwości przyszłych negocjacji jest dla nas nie do przyjęcia i takich umów NSZZ „Solidarność” nie będzie akceptować.

Rozwalony przemysł

W najnowszym numerze “Kroniki Beskidzkiej” ukazał się kolejny artykuł Andrzeja Otczyka z cyklu “Grona gniewu”, zatytułowany „Rozwalony przemysł”. Oto jego początek: Gdy spojrzeć na to, co zostało z dawnej świetności wielu zakładów przemysłowych Podbeskidzia, zwłaszcza włókienniczych i metalowych, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z “krajobrazem po bitwie”. Oprócz flagowych okrętów przemysłu w naszym regionie, które albo poszły na dno, albo są dziś cieniem firm z czasów świetności, po roku 1990 upadło wiele mniejszych zakładów. Były wśród nich lepsze i gorsze, eksportowi liderzy i lokalni wyrobnicy, w sumie jednak dawały pracę dziesiątkom tysięcy mieszkańców regionu.

Bardzo symptomatyczny dla okresu transformacji gospodarczej jest upadek kilkunastu zakładów spod znaku bielskiej wełny. Zatrudniały one ponad 40 tys. pracowników, były chlubą stolicy Podbeskidzia, tworzyły markę najwyższej jakości, o przeszło stuletniej tradycji. Dziś są już tylko wspomnieniem. Wielu bielszczan wciąż pyta z goryczą, dlaczego tak się stało i czy stać się tak musiało?

– Na upadek bielskiej wełny złożyło się wiele czynników – mówi Marcin Tyrna, przewodniczący Zarządu Regionu Podbeskidzie “Solidarności” w latach 1992-2014, wicemarszałek Senatu IV kadencji. – Na przykładzie Befamy widać, że bojdyswskutek odgórnych uregulowań w ramach RWPG, w czasach gospodarki nakazowej priorytetem były maszyny do produkcji wełny zgrzebnej, czyli grubszych tkanin. Natomiast gdy w roku 1990 nastąpiło nagłe zderzenie z wolnym rynkiem, pojawiło się zapotrzebowanie na tkaniny lekkie. Po drugie, głównym odbiorcą bielskich tkanin i maszyn włókienniczych był dawny Związek Radziecki, a oprócz niego – pozostałe “demoludy”. Skoro system komunistyczny zbankrutował, można było produkować sobie a muzom. Po trzecie, brak wpływów ze sprzedaży spowodował kłopoty z kupowaniem surowca do produkcji, czyli głównie wełny australijskiej. Po czwarte, przestały istnieć zjednoczenia, w gestii których była m.in. sprzedaż tkanin – trzeba więc było szybko budować marketing w zakładach i wielu ten wyścig o nowe rynki przegrywało. A po piąte, i chyba najważniejsze, bielska wełna nie otrzymała żadnej pomocy ze strony państwa – takiej, jaką dostały górnictwo czy choćby przemysł stoczniowy oraz Ursus. Nie tylko nie uruchomiono pomocy finansowo-kredytowej dla zagrożonych upadkiem zakładów, ale też nie zadbano o ochronę polskiego rynku tkanin – celną, podatkową. Czy jednak może to dziwić, skoro “złotym cielcem” dla ekonomicznych liberałów był i nadal jest wolny rynek, bez oglądania się na społeczne koszty? Czy może to dziwić, skoro ówczesny minister polskiego rządu powiedział, że najlepszą polityką przemysłową jest brak polityki przemysłowej?

– Pozostawione same sobie zakłady stanęły przed nieznanymi dotychczas problemami – dodaje Henryk Kenig, przewodniczący Zarządu Regionu Podbeskidzie “Solidarności” w latach 1990-92. – Pomimo że na przełomie lat 70. i 80. przemysł lekki otrzymał państwowe środki na modernizację techniczną, był więc stosunkowo nowoczesny, nagle okazywało się, że nie ma za co kupić surowca, że nasze tkaniny są zbyt drogie w porównaniu z zagranicznymi, zwłaszcza tymi z Turcji i Dalekiego Wschodu. Trudnościom próbowano zaradzić, wysuwając ideę utworzenia holdingu tych przedsiębiorstw włókienniczych, które wytrzymały pierwsze zderzenie z wolnym rynkiem. Ale nic z tego nie wyszło.

– Nie udało się, chociaż jako związek zawodowy wspieraliśmy ten pomysł. Zbyt silne okazały się partykularne interesy poszczególnych zakładów, trudno było to przełamać – ocenia Marcin Tyrna. – Szkoda. Podobnie jak żal idei akcjonariatu pracowniczego. Ja osobiście wierzyłem (a choćby przykład Bielmaru pokazuje, że nie była to wiara irracjonalna), iż dzięki akcjonariatowi uda się ocalić przynajmniej kilka firm. Gdy tworzyliśmy “Solidarność”, mówiliśmy o społecznej gospodarce rynkowej, a nie o drapieżnym kapitalizmie. Związkowcy z Zachodu, w tym francuscy, pokazywali nam zagrożenia związane z transformacją ekonomiczną. Ale byliśmy bezradni wobec fali liberalizmu. Związkowcom z Podbeskidzia została więc tylko gorzka satysfakcja, że ludzie zwalniani z zakładów włókienniczych dostawali świadczenia w wysokości 90 proc. zarobków. Że pracownicy nie byli wyrzucani na bruk, bez prawa do świadczeń, jak dzieje się to dziś w wielu upadających firmach. A przede wszystkim – że po dramatycznej walce udało się utrzymać tu przemysł samochodowy, dzięki utworzeniu strefy ekonomicznej.

Czy elity rządzące wyciągnęły jednak lekcję z doświadczeń przeszłości? Wszystko wskazuje na to, że nie. Zbigniew Jakubas, przedsiębiorca, inwestor giełdowy, tak w jednej z gazet odpowiedział na pytanie, czy nie potrzebowałby wsparcia państwa w inwestycjach przemysłowych: – Nawet nie myślę o tym, żebym mógł takie wsparcie otrzymać. Żyję i prowadzę biznes wystarczająco długo, by wiedzieć, że strukturalnego wsparcia dla przedsiębiorczości w Polsce nigdy nie było. Są tacy ludzie, którzy sobie umieli coś wychodzić i załatwić, ale strukturalnego wsparcia dla polskiego biznesu nie ma i nie było. Henryk Kenig zauważa: – Skoro już polska polityka gospodarcza, o ile w ogóle można o niej mówić, preferuje małe przedsiębiorstwa, to chociaż one powinny mieć większe wsparcie ze strony państwa. Tymczasem nic takiego nie widać.

– Wypadałoby zacząć od tego, żeby państwo przynajmniej nie przeszkadzało w rozwoju przedsiębiorczości – mówi Marcin Tyrna. – Żeby zniosło bariery ekonomiczne dławiące inicjatywę Polaków. Na Podbeskidziu mamy duży potencjał, jeśli chodzi o ludzi. Dużo tu wysokiej klasy fachowców, nie brakuje wielozawodowców. Ten kapitał, najcenniejszy ze wszystkich, nie może się marnować. Państwo polskie nie może popierać tylko zagranicznych producentów kosztem rodzimych firm, jak stało się z helikopterami czy pociągami Pendolino. Po co powtarzać scenariusz z bielską wełną, której produkty, uchodzące swego czasu za ekskluzywne, zostały zastąpione szmatkami z lumpeksu? Nie wolno nam zgodzić się na to, żeby państwo nie brało odpowiedzialności za los obywateli. Żeby abdykowało ze swej roli opiekuna i protektora tego, co nasze. Żeby uchylało się od tworzenia właściwej polityki finansowo-gospodarczej oraz wyznaczania i wspierania strategicznych branż, będących pod jego kontrolą. Przykro, że rządzące dziś elity tego nie dostrzegają.

ANDRZEJ OTCZYK

Wersja do druku tutaj

Fiat: cztery lata bez podwyżki zbiorowej

“Solidarność” spółki FCA Poland (d. Fiat Auto Poland) odmówiła podpisania porozumienia płacowego, które przewiduje nie tylko daleko niezadawalający wzrost płac, ale także zapowiada… brak podwyżek zbiorowych przez kolejne cztery lata! Oznacza to, że do końca 2018 w FCA Poland nie będą nawet prowadzone żadne rozmowy płacowe! W zamian pracownicy otrzymają w tym roku jednorazową podwyżkę płac w wysokości 130 zł miesięcznie, a w latach 2015-18 obowiązywać będą dwie dodatkowe premie – z których tylko kwartalna jest gwarantowana w kwocie nieco ponad stu złotych brutto.

Jedynym plusem jest to, że podwyżka – czego od początku domagała się NSZZ Solidarność, choć wzrost płac powinien być zdecydowanie większy – ustalona została w równej wysokości dla wszystkich pracowników wraz z wyrównaniem od początku 2015. To właśnie dzięki temu każdy pracownik wraz z wynagrodzeniem za lipiec ma otrzymać dodatkowo wyrównanie w wysokości 780 zł, proporcjonalnie do liczby miesięcy przepracowanych w pierwszym półroczu.
Jeżeli chodzi o dodatkowe premie, mające obowiązywać w latach 2015-2018 o których po raz pierwszy była mowa w czasie majowych rozmów z przedstawicielami turyńskiego zarządu FCA, to przy premii kwartalnej jej wysokość jest zależna od realizacji tzw. planu przemysłowego grupy FCA w Europie, Afryce i na Bliskim Wschodzie, na co pracownicy naszego zakładu nie mają praktycznie wpływu, zaś w przypadku premii rocznej od obniżki kosztów w FCA Poland, na co – jak zauważała również sama dyrekcja – pracownicy także wpływ mają mocno ograniczony.
Należy przy tym podkreślić, że tylko minimalna wysokość premii kwartalnej jest gwarantowana i będzie wynosić od 113,90 zł brutto (dla większości pracowników produkcyjnych) po 151,27 zł brutto. Premia ta ma być rozliczona w 2019 zależnie od osiągniętego wyniku operacyjnego grupy FCA EMEA ustalonego po przeprowadzeniu zewnętrznego audytu.
Ceną za powyższe dodatkowe premie w niepewnej wysokości ma być brak podwyżek zbiorowych przez najbliższe cztery lata. Jednocześnie należy wyraźnie stwierdzić, że kwota zaproponowanej przez dyrekcję podwyżki jest daleka od żądań złożonych przez Solidarność w trybie sporu zbiorowego oraz przede wszystkim oczekiwań załogi. Dlatego też biorąc pod uwagę rosnące obciążenie pracowników naszego zakładu zadaniami, ich zaangażowanie, wydajność i jakość pracy, jak również wypracowywane przez nich wielomilionowe zyski postanowiliśmy nie podpisywać porozumienia w wersji narzuconej przez dyrekcję, lecz zaproponować kompromisową treść porozumienia płacowego na lata 2015-18. Zawierało ono w całości dyrekcyjny załącznik do porozumienia, który wprowadzał dwie nowe premie, ale z drugiej strony ustalało coroczne podwyżki zbiorowe w latach 2015-18 w łącznej wysokości 500 zł dla każdego pracownika (w tym roku 200 zł, a w kolejnych trzech po 100 zł). Dobre porozumienie płacowe powinno bowiem ustalać podwyżki zbiorowe, a nie je wykluczać…
(zz)

Więcej na stronie: www.solidarnoscfiat.pl

Nowy układ zbiorowy w Poczcie Polskiej

W Poczcie Polskiej zaczął obowiązywać nowy Zakładowy Układ Zbiorowy Pracy. Negocjacje zapisów tego dokumentu trwały niemal rok. W firmie w dalszym ciągu trwa spór zbiorowy na tle płacowym. “Solidarność” domaga się podwyżki płac zasadniczych w wysokości 400 zł brutto dla wszystkich pracowników.

– Na pewno sukcesem jest to, że w nowym układzie udało się utrzymać w dotychczasowym kształcie uprawnienia pracowników Poczty Polskiej, m.in. dodatki stażowe, nagrody jubileuszowe czy odprawy emerytalne – mówi Bogumił Nowicki, szef “Solidarności” Pracowników Poczty Polskiej. – W trakcie negocjacji musieliśmy też pójść na pewne ustępstwa. Chodzi przede wszystkim o nowy system premiowania, który w naszej ocenie zamiast stanowić element motywowania pracowników, jest raczej instrumentem pozwalającym pozbawić pracowników premii, np. w sytuacjach, gdy będzie trzeba poprawić wynik ekonomiczny spółki lub ukryć błędy w zarządzaniu firmą – dodaje przewodniczący.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Poprzedni ZUZP w Poczcie Polskiej został wypowiedziany przez pracodawcę w lipcu ubiegłego roku. Dokument ten funkcjonował zaledwie 4 lata i w ocenie “Solidarności” nie było merytorycznych podstaw do jego wypowiedzenia. Jak podkreśla Bogumił Nowicki, negocjacje nowego układu również były bardzo trudne. – Pracodawca zamiast negocjować ze związkami zawodowymi, tak jak robi się to w całym cywilizowanym świecie, wynajął zewnętrzną kancelarię prawną, która prowadziła rozmowy w jego imieniu. Ostatecznie udało się jednak podpisać nowy układ i obronić większość uprawnień pracowników zapisanych w poprzednim ZUZP – podkreśla szef pocztowej “S”.

Od grudnia 2014 roku w Poczcie Polskiej trwa spór zbiorowy na tle płacowym. „Solidarność” domaga się 400 zł brutto podwyżki płac zasadniczych wszystkich pracowników spółki. W ocenie związkowców wzrost wynagrodzeń w tej wysokości zrekompensowałby pracownikom straty wynikające z nowego systemu premiowania.
Ostatnie znaczące podwyżki wynagrodzeń pracownicy państwowego operatora pocztowego otrzymali w 2008 roku dzięki strajkowi przeprowadzonemu wówczas przez NSZZ “Solidarność”. – Nasze wynagrodzenia w ciągu ostatnich 10 lat zmalały o 20 proc. w stosunku do przeciętnego wynagrodzenia w przedsiębiorstwach. To pokazuje skalę pauperyzacji naszych pracowników. Obecnie średnia płaca w Poczcie Polskiej wynosi ok. 3200 zł brutto, a należy pamiętać, że wliczane są do niej zarobki kadry kierowniczej, menadżerskiej i zarządu. Mamy nadzieję, że pozostałe związki zawodowe działające w naszej firmie przyłączą się do zgłoszonych przez Solidarność żądań płacowych – mówi Bogumił Nowicki.

Poczta Polska jest jednym z największych pracodawców w kraju. Łącznie zatrudnia blisko 80 tys. osób. W ubiegłym roku pracownicy spółki wypracowali zysk na poziomie 142 mln zł brutto. To wynik o 52 proc. lepszy niż rok wcześniej.

/www.solidarnosckatowice.pl/

“S” do sieci handlowych: – Nie manipulujcie i podzielcie się zyskiem z pracownikami!

Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji – zrzeszająca największe zagraniczne sieci handlowe – straszy pracowników zwolnieniami a klientów podwyżkami cen. Takie mają być rzekomo skutki objęcia hipermarketów podatkami analogicznymi do tych, które wprowadzono na Węgrzech. “Solidarność” odpowiada:
– Nie manipulujcie i podzielcie się zyskiem z pracownikami!

Podczas konferencji w Warszawie zorganizowanej 7 lipca Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji, która zrzesza właścicieli największych zagranicznych sieci działających w Polsce – Auchan Polska, Carrefour Polska, Castorama Polska, Biedronki, Kauflandu, Lidla Polska, Tesco Polska i Żabki Polska – przedstawiła wyniki raportu zamówionego w PwC (globalnej organizacji świadczącej usługi doradcze). W analizie eksperci PwC alarmują, że jeśli analogiczne do Węgier rozwiązania prawne i podatkowe dotkną sieci handlowych, spowoduje to rzekomo katastrofalne skutki dla pracowników. Wprowadzenie zakazu handlu w niedziele oraz ograniczenie go na terenach zabytkowych może spowodować utratę zatrudnienia przez 60 do nawet 100 tys. osób – utrzymują autorzy raportu. W odpowiedzi na pytanie “Tygodnika Solidarność” zastrzegli jednak, że dane opracowali na podstawie… ankiet rozesłanych do sieci. W raporcie PwC twierdzi, że niedzielna sprzedaż stanowi 13 proc. przychodów branży. Ale nawet Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan przyznał na konferencji, że gdyby wprowadzono zakaz handlu w niedziele, co najmniej 2/3 sprzedaży niedzielnej klienci dokonaliby w inne dni.

– Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji jest “polska” tylko z nazwy. Tak naprawdę reprezentuje działające w naszym kraju międzynarodowe sieci. Z rękawa wyciągała już niejedne dane, np. dotyczące rzekomych redukcji zatrudnienia po wprowadzeniu wolnych niedziel. Trzeba zawsze patrzeć na to kto przygotowuje analizę i na czyje zlecenie. To kolejne z sufitu wzięte dane – stanowczo kontruje Alfred Bujara, przewodniczący Sekretariatu Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ “Solidarność”. – My obliczyliśmy, że po zniesieniu handlu w niedziele, w pierwszym roku obroty spożywczych sieci handlowych i dyskontów wzrosłyby od 3,5 do 7 proc. O kilka procent wzrosłyby także w drugim roku. Zgodził się ze mną dyrektor jednej z dużych sieci handlowych odpowiedzialny za dział sprzedaży. Z czego by to wynikało? Klienci zaczęliby przed niedzielami kupować więcej na zapas, tak jak dzieje się to przed świętami czy długimi weekendami.

Alfred Bujara podkreśla, że wiele sieci redukuje zatrudnienie od kilku lat. – W efekcie pracownicy są przeciążeni obowiązkami, zdarza się, że harują za 2-3 osoby, uprzednio zwolnione. Niedługo za te pieniądze, które oferują pracownikom hipermarkety i agencje pracy tymczasowej – ludzie nie będą świadczyć pracy – wskazuje. – Jak długo można pracować bardzo ciężko za tak marne pieniądze? Już otrzymujemy sygnały, że brakuje rąk do pracy w dużych miastach. Mimo bezrobocia ludzie nie chcą zasuwać za tak nędzne pieniądze. Dziś dzwonili do mnie pracownicy zaangażowani przez agencję pracy tymczasowej. Dostają 5 zł za godzinę. Musieliby pracować 300 godzin w miesiącu, żeby wypracować najniższą krajową netto. To oznacza, że harówkę 30 dni po 10 godzin dziennie! To niewolnictwo! To woła o pomstę do nieba!

Ekspert PwC Mateusz Walewski podał podczas prezentacji raportu, że opłaty i podatki pobrane na zasadach węgierskich sięgną kwoty ok. 2,5 mld zł, co obniży kwotę zysku 17 największych (sprzedających za więcej niż 500 mln zł rocznie) sieci handlowych działających w Polsce z 2,2 mld do 31 mln zł (wg danych za rok 2013), czyli “praktycznie do zera” – jak się wyraził. Te wyliczenia są mocno wątpliwe. PiS w swoim programie mówi o 1 proc. podatku od gigantycznych obrotów sieci handlowych. Przykładowo: w 2013 roku Biedronka odnotowała obroty na kwotę ok. 32 miliardów złotych (!), czyli zapłaciłaby 320 mln zł podatku i nadal osiągnęła ogromne zyski. – Dziesięć firm handlowych o największych przychodach zapłaciło 633 mln zł podatku dochodowego za 2012 rok – informował wiceminister finansów Janusz Cichoń.

Alfred Bujara podkreśla, że niska rentowność (zyski netto) sieci handlowych jest sztuczna. – Wypracowane przez polskich pracowników zyski są transferowane na zachód. Na rzecz spółek-matek przekazują rozmaite opłaty – za użycie znaków towarowych, marek i to wrzucają w koszty. Proceder odbywa się w majestacie prawa i dowodzi ogromnej nieszczelności systemu podatkowego – komentuje szef Sekretariatu Handlu, Banków i Ubezpieczeń “S”.

Eksperci PwC utrzymują także, że objęcie podatkami sieci handlowych spowoduje wzrost cen – najbardziej dotknie segmentu najchętniej odwiedzanego przez rodziny niezamożne: cena przeciętnego koszyka artykułów wzrośnie o 9 zł (tj. o 4,6 proc.). – Nie ma żadnego uzasadnienia dla podnoszenia cen w hipermarketach. W Polsce koszty pracy i wynagrodzenia pracowników są 3-4 razy niższe niż na zachodzie – to gigantyczna korzyść dla właścicieli sieci. A ceny w marketach polskich i choćby niemieckich są porównywalne. Wiele towarów jest nawet tańszych za naszą zachodnią granicą. Niech sieci handlowe podzielą się zyskiem z pracownikami – puentuje Alfred Bujara.

Krzysztof Świątek

Więcej o sprawie w najbliższym “Tygodniku Solidarność”